czy ciąża to zawsze magia i fajerwerki

Początek ciąży przypadł na wiele roztomajtych okoliczności: wyjazd, wakacje, wesele znajomych, niekończąca się wyprowadzka, i taka sama „wprowadzka”, malowanie, kupowanie, wielka papierologia, załatwienia, goście goście i oto teraz mogę sobie w końcu usiąść i pomyśleć. Tym sposobem dobujałam się do 15 tygodnia cały czas czymś zajęta. Może to i dobrze, jakbym miała za dużo wolnego czasu to kto wie, mogłabym go cały poświęcić na zamartwianie się i wyszukiwanie potencjalnych problemów i doprowadzanie otoczenia na krawędź. A najprędzej na miotanie się między rozpoczęciem przygotowań a zabobonnymi myślami, że lepiej zaczekać tfu tfu.

Do tego momentu magia się nie wydarzyła. Nie spłynęła na mnie żadna łaska, metafizyczność nie zaszła. Nie ma wewnętrznego impulsu, który kazałby mi czuć się w stanie „błogosławionym”. Wiem przecież, że jest, co pół godziny przypomina mi zresztą o tym wędrówka do łazienki i wymienianie stanika na większy co 2 tygodnie. Widziałam jak się rusza, części ciała policzone, i wcale nie mam poczucia „nie bycia” w ciąży. Ale, ale. Na razie to czysta fizjologia, nie jest to jakaś nasza specjalna zasługa. No tak przyroda działa, no. Z drugiej strony to też jednak abstrakcja, niby widzisz, niby wiesz, ale jakoś nie osadza się to w twojej świadomości. Może to „zasługa” tego, że mam szczęście nie być nękana żadnymi przykrymi ciążowymi stanami. Może jakbym musiała co dzień walczyć z desantem śniadania to ciąża stała by się taka jakby no no, bardziej namacalna. A póki co, fajerwerków brak. I tak bywa.

A może jak je pierwszy raz poczuję (dziecko, nie śniadanie) to okaże się, że świadomość bycia w ciąży ma następny level, którego jeszcze nie jestem w stanie sobie wyobrazić? Taki, że miłość miłość miłość i świat jest zaczarowany? I już nie będzie mi się wydawać, że te rzeczy co pani doktor pokazuje to się dzieją, owszem, ale żeby u mnie, we mnie, a nie w jakimś równoległym juniwersie?