życie po dziecku

Ktokolwiek twierdzi, że po urodzeniu dziecka nie zmienia się NIC, ten bezczelnie łże, i obiecuje Ci latające świnie. A ci co mówią, że zmienia się wszystko i życie przed pozostaje jedynie odległym miłym wspomnieniem, łżą jeszcze bardziej.

Jeżeli na twoje potencjalne zmartwienia, że teraz to już nie pójdziesz do teatru, ktoś mówi, że aaale, pójdziesz, babcia zostanie, to wiedz, że coś się dzieje. Że Cię w ciula robią. A jeśli im wierzysz, toś ciul faktycznie. No pomyśl tak logicznie, jak zostawisz dwumiesięczne dziecko karmione piersią na 3 albo 4 godziny wieczorem? No nie zostawisz. Jak nie karmisz to pewnie ułatwia sprawę, ale ono może nie mieć ochoty iść spać na noc w asyście babci zamiast rodziców. A babcia może nie mieć ochoty na taką walkę. Albo w ogóle akurat wtedy nie będzie miało ochoty przebywać z nikim innym, nie i już. To nie znaczy, że nie wyjdziesz nigdzie i już nigdy, albo że nie wyjdziecie razem. Ale swoboda wyboru kiedy i na jak długo można iść na występy, zostaje na jakiś czas ograniczona. Po prostu. I nikt nie powinien Ci wmawiać, że nie zostaje. Nam prawie udało się iść do kina na Piratów z Karaibów (jesteśmy psychofanami) kiedy Pola miała 3 miesiące. Wyliczyliśmy z dojazdem, bez reklam, 2 i pół godziny, karmiona jest co trzy, więc spoko. Ale pech chce, że okres kiedy wyświetlali nasz film o przystępnej godzinie zbiegł się z czasem z 3 tygodniami, kiedy Pola postanowiła bać się wszystkich babć i dziadków i szlochać na sam ich widok. No i masz babo placek.

Jedni twierdzą, że po dziecku kończą się wszystkie znajomości, wszyscy cię oleją, już niczego nie będzie. Inni z kolei twierdzą huraoptymistycznie, że jaaasne, wszyscy się będziemy spotykać i wszystko zostanie po staremu, koniecznie musimy się spotkać. Chcą pójść. A prawda leży tak bardziej pośrodku. No nie będziemy się wszyscy spotykać o 21 i chodzić na balety. No nie będziemy. Ale nie jest też prawdą, że nasze drogi już nigdy się nie skrzyżują i nie będziemy mogli przebywać w tym samym miejscu i czasie. Kiedy naszym przyjaciołom urodziło się dziecko, nie przestaliśmy się spotykać, nie zmieniliśmy też częstotliwości. Po prostu wieczorem zostawaliśmy w domu zamiast iść na miasto, ot i cała zmiana. Może dla niektórych bolesna. Tak czy tak, to trzeba chcieć, i do tego to obie strony muszą chcieć. A nie, że goście wieczorem to nie, bo larmo a my do kogoś też nie, bo dziecko, bo dziecko. Jeśli na każdą propozycję się krzywisz i wywracasz oczami, że przecież masz dziecko, to nie ma dziwne, że przestają się one pojawiać. A może trzeba też spojrzeć prawdzie w oczy, że widać nie lubiliście się tak na zabój, skoro nagle przestaliście dla kogoś istnieć.

Jeśli masz w zwyczaju sypiać po 12 godzin żeby się wyspać, no to faktycznie, zmiany, zmiany. Ja nie pamiętam kiedy tyle spałam. Może jak byłam młoda i miałam jeszcze dużo czasu do marnowania. Wybrankowi zdarzało się spać do 16. Ludzie złoci. Aż mnie nerwy biorą na samą myśl. Przed dzieckiem wstawałam w weekend o ósmej rano bo pies, bo mam plany, bo życia szkoda, gdzie to spać 10 godzin. Jasne, osiem godzin cięgiem to nie to samo co cztery razy po dwa razy. Ale człowiek jest podły, do wszystkiego przywyka. Dzisiaj spałam 6 i pół godziny w 5 ratach i czuję się normalnie, był czas przywyknąć.

Imprezy do rana, piwa, alkohole, a potem odsypianie do popołudnia. Tu koncert, tam do pubu, a jeszcze tańce, łikend trzeszczy w posadach. To faktycznie odejdzie w niepamięć. Tyle tylko, że ja już jestem poważna pani po trzydziestce i mnie się już dawno nie chce. Dziękuję, byłam, widziałam, wódkę piłam, do białego rana. Ale ileż można, w końcu nuda. I starość. I nazwyczajniej na świecie się nie chce. Więc od dawna lubimy pokisić ogóra w domu, koce, popcorn, filmy a najlepiej o 19 w pidżamie, maaamo co za odpoczynek! Ale jakbym miała 10 lat mniej, to byłoby mi żal. Byłoby mi szkoda. Wtedy miałabym poczucie, że coś mi macierzyństwo jednak odbiera i zmiana byłaby niebagatelna.

Nie przestaliśmy słuchać dorosłej muzyki ani radia. Jest czas na piosenki o ogórkach i misiach, ale przecież nie musimy od rana do nocy jechać jeno z Fasolkami i Natalką. Nie zaczęłam się ubierać inaczej, jedyne czego nie mogę ubrać to nierozpinana sukienka, bo co se z nią zrobię przy karmieniu, nad cycki podciągnę i zaświecę białym misiem? Noszę te same spodnie, bluzki, spódnice i za niczym nie płaczę. A z psem i do osiedlowego sklepu chodzę w dresie, tak jak i przedtem. Maluję się tak samo jak przedtem i tylko włosy noszę prawie zawsze związane, bo boję się że mi powyrywa, a ja włosy mam takie bardziej liche, słowiańskie z urody, nic jak Cruz Penelopa, to nie mam czym szastać. Nie wiem, może po prostu zawsze był ze mnie chachar, to nie zauważyłam zmian?

Ludzie twierdzą, że po dziecku życie zmienia się o 180 stopni. Ale nie dla wszystkich; to zależy od tego jak to życie przed wygląda. Od tego jak bardzo ktoś jest przywiązany do swoich zwyczajów i jak radzi sobie z ograniczeniem wolności i jak adaptuje się do nowych sytuacji. Zaprawdę powiadam wam, to nie musi być bolesna i rewolucyjna zmiana, nie dla wszystkich. Chyba, że jesteś sobie beztroskim bon vivantem; wtedy masz przesrane.

Inspiracją do napisania tego posta była powtórna lektura książki „Macierzyństwo non fiction”. Dałam ją w prezencie wszystkim zaciążonym koleżankom. Sama przeczytałam ją na długo przed swoją ciążą; wtedy wydała mi się zabawnie napisana. Koleżanki powiedziały, że powinnam dostać w papę za dawanie takiej lektury ciężarnym, bo to rzecz przygnębiająca. Mnie wtedy wcale nie zniechęciła do prokreacji. Przeczytałam ją ponownie kiedy Pola miała 6 miesięcy. I tym razem czułam tylko irytację. Za dużo w międzyczasie usłyszałam utyskiwań, narzekań i zapewnień że dupa zbita. I się mi przelało.