Jeszcze kiedy byłam w ciąży zakładaliśmy, że wszędzie gdzie pójdziemy będziemy zabierać Polę ze sobą. Wiadomo, że nie będziemy chodzić wieczorowymi porami w ciemne miejsca, bo wieczorami to ona jednak śpi, a larmo i rozlane piwa nie idą w parze ze snem niemowlaka. Właściwie, to z niczyim snem nie idą, poza tymi może, którzy rozlali odpowiednią ilość piwa, ale do wewnątrz. Natomiast pozostałe miejsca w których bywamy, nie mają znaku „bobasom wstęp wzbroniony”, więc śmiało wchodzimy.

I wy też wchodźcie. Nie bójmy się wychodzić. Nie dajmy się zamknąć w domu. Nie róbmy sobie tego same. Nie myślmy: „a co jak się rozpłacze, a co jak zrobi kupę”. No to samo. To samo co w domu. Znajdziesz miejsce i utulisz, nakarmisz albo przebierzesz. I ja niby to wiem i mam postanowione, a i tak sama się raz złapałam jak pomyślałam „eee ale to trzeba rozebrać, ale to gdzie to karmić, eee to może lepiej nieee, może nie idźmy” O nie! Tak się bawić nie będziemy! Natychmiast się zbeształam i doprowadziłam do porządku! Nie będę sama na siebie symbolicznego chomąta zakładać i się upupiać. Więc idziemy. Do sklepu, do restauracji, do biblioteki i do szewca. I nie zawsze jest wygodnie w pojedynkę, wózek waży, nie ma komu drzwi przytrzymać, a tu jeszcze dwa schody za nimi. I nie zawsze jest wygodne miejsce do przewijania, czasem trzeba w restauracji na ławce, w korytarzyku. Albo nakarmić na ławce na skwerku, bo jednak się zachciało zanim wróciliście. Nie myślcie „nie chce mi się, nie warto, za dużo zachodu”. Opuścić raz czy dwa można i nic z tego nie wynika. Ale to wchodzi w krew i potem już nigdy się nie chce, zawsze jest strach i człowiek może od tego zdziczeć.

Kiedy chciałam kupić farby do odbicia rączek to postanowiłam NIE robić tego przez internet i tak zafundowałam sobie mały tor przeszkód. W Empiku, do którego prowadzą obrotowe drzwi i podjazd, farb brak, no więc jestem skazana na Dom Towarowy z poprzedniej epoki, kiedy to standardy architektoniczne były takie jak im akurat wyszło. I już rozkmina, wjadę, nie wjadę, czy się zmieszczę. Iść tam, nie iść? A jak utknę? No to utknę no, najwyżej zawrócę. Idę. Oczywiście przeszkoda, drzwi za wąskie, nie wejdziesz, you shall not pass! Ale takie podwójne, więc otwieram drugie skrzydło i wjeżdżamy. Odwrotnie niż Neil Armstrong, robimy nic nie znaczący dla ludzkości krok a dla siebie wielki skok. Prawdą jest zresztą, że nie wszędzie się dostaniesz z wózkiem. Na przykład oldskulowy sklep z rozmaitym szajsem: WD40, gwizdkiem do czajnika i śrubkami w szklanej gablocie w starej kamienicy. No gondolą nie wjedziesz, nie ma buca, na trzy strome, wysokie, wąziutkie schody. Prędzej piekło zamarznie i dziecko z wózka wypadnie niż tam wjadę. Po prostu wybieram inne sklepy, takie wózkoprzyjazne, a tam gdzie się nie da idę w nosidle i po problemie. Smutna refleksja przy okazji jest taka, że ja jakoś sobie ostatecznie poradzę, podniosę, przeniosę, ktoś mi pomoże, najwyżej wózek zostawię i pójdę gdzie trzeba z dzieckiem na ręku. A jak jeździsz na wózku to jesteś w czarnej dupie. Widuję chłopaka na wózku z naszego osiedla w mieście, widuję po drodze. I zawsze się zastanawiam, jak on sobie poradził na tych krawężnikach, schodach. I on się jakoś nie cyka. I pierdoli cały świat i jedzie! To ty się będziesz bać? Że Ci się dziecko rozpłacze? Dejże spokój.

Nie chcę, żeby moje dziecko kisiło ogóra w domu, a ja razem z nim, w imię nie wiem właściwie czego. Własnej wygody? No nie całkiem. Wolę walkę z przywąskimi drzwiami niż uwięzić się w domu z powodu irracjonalnego strachu, że co to będzie. Nie chcę żeby moje dziecko, żyło tak jak dziecko cyganki Teresy, u której mieszkałam z koleżankami w Londynie na niezbyt udanych saksach. Wózka nie miało bo i po co, jak siedziało cały czas w domu a w niedzielę w „świat” jechało na kolanach mamy zdezelowanym merolem. Mercedesy wiozą ich!

Był krótki okres kiedy Pola płakała w gondoli, bo już nic nie widziała, już udręka, ale do siedzenia jeszcze nie, jeszcze nie. Sterroryzowała mnie wtedy i 3 tygodnie chodziłam tylko w chuście. Przecież nie będę z nią walczyć, nieść na ręku i jednocześnie pchać wózek, ani nie zamkniemy się w domu na miesiąc.  Kiedy zaatakował syf listopada to nie wyszliśmy, chociaż mieliśmy taki plan. Ale bez dziecka też byśmy nie poszli chodzić po deszczu który pada pionowo i pod skosem i zdawałoby się, że i poziomo, bo żadna to przyjemność. Z dzieckiem czy bez, zima od zawsze sprawia, że mam ochotę zborsuczeć i najchętniej zahibernować się do wiosny. Walczę z tym marazmem od lat. Od kiedy mamy psa, to choćby i srało deszczem, śniegiem i pizgało złem, jak wyprowadzam go na spacer, to wtedy nagle jestem sobie Skandynawką i uważam, że nie ma złej pogody, tylko złe ubrania. No i od kilku lat, jednym z moich ulubionych cytatów, który lubię sobie powtarzać w myślach jest: „W głębi zimy zrozumiałem w końcu, że jest we mnie niezwyciężone lato”. I tak z roku na rok trochę mniej mi ta zima doskwiera, trochę bardziej chce mi się żyć 😉 Żadna to odwaga czy heroiczny wyczyn, wyjść z dzieckiem z domu. Ale na początku można nieopatrznie dać się ponieść i pozwolić żeby irracjonalny strach przed nie wiadomo czym i podejście „po co będziesz tam dziecko ciągać, siedź na dupie” zatrzasnęły nam drzwi przed nosem. Albo otoczyły osiedle płotem elektrycznym a nam na nogę założyły bransoletę z alarmem, i tu teraz urzęduj, tu teraz jest twój świat. Od GS-u do placu zabaw, eto wsio.