pies-to-nie-dziecko

Macie znajomych którzy twierdzą, że wiedzą jak to jest mieć dziecko, bo mają psa?  Podobno tacy istnieją, ale ja nie mam i nie znam. Jestem za to tą znajomą, która uważa, że kupienie albo adoptowanie psa jest przygotowaniem do posiadania ludzkiego potomstwa. Kiedy artykułuję tę myśl, że wartością dodaną do tego, że przysposobiliśmy pieska, jest to że potraktowaliśmy to jako przygotowanie, próbę przed posiadaniem dzieci reakcje bywają różne. Jedna niezmiennie doprowadza mnie do białej gorączki.„Ale to nie to samo, co ty, zobaczysz”. A czy ja mówię, że to jest to samo? Pokaż no mi tu noskiem, paluszkiem, gdzie tak mówię, bo chcę uwierzyć, że śnię. Nie, nie uważam, że pies i dziecko to to samo, nie mam takich zaburzeń.

Decyzja o posiadaniu psa (i kota pewnie też, ale na tym się nie znam więc się nie wypowiem) to wzięcie odpowiedzialności za drugą istotę, całkowicie od nas zależną. Dla większości to pierwsza taka sytuacja w życiu. Musisz myśleć jeszcze o kimś, kto bez ciebie sobie nie poradzi. Nie przez chwilę, nie na weekend, tylko każdego dnia; każdego dnia musisz brać pod uwagę jego istnienie i często zadawać sakramentalne pytanie CO Z PSEM? I z zachowaniem wszelkich proporcji doceniam to, że piesek to taka mała skocznia w Szczyrku, a nie od razu mamucia w Planicy.

Jeśli masz psa w jakimś stopniu rezygnujesz ze swobody wychodzenia i wyjeżdżania kiedy, gdzie i na ile ci się podoba. Dorosłego psa zostawisz samego w domu na kilka godzin, jasna sprawa. Ale ze szczeniakiem jakby gorzej. Bo jest nieporadny, nic nie wie, nic nie umie, tylko siku na środku pokoju umie zrobić i buta przeżuć, no i skomleć. Trochę strach zostawiać takiego malca samego. No chyba, że w kabinie prysznicowej, to i bezpieczny, i sprzątać potem nie trzeba, po problemie. Vincent musi wyjść trzy razy, i zjeść trzy razy i tak trzeba życie ustawić, żeby mu to zapewnić. Nie ma rano leżenia na kacu do 12, bo pies czeka. Jego potrzeba jest przed twoją przyjemnością.

W nocy wstaję nakarmić albo utulić Polę dwa, trzy razy. I tyle samo jak nie więcej razy wstaję do Vincenta, żeby nim potrząsnąć, żeby przestał chrapać, fuczeć, charczeć. I kiedy Pola jeszcze śpi, o piątej, szóstej rano, to on nas budzi zaczynając swoją higienę, mlaskając, ciamkając i wydając inne dźwięki, od których można oszaleć.

Nasz pies jest kanapowo-kolanowy, więc po każdym spacerze wycieramy łapy i dupę, bo kto chce mieć resztki psiej kupy na spodniach albo kanapie? Dwa razy dziennie zbieramy jego kupę na spacerze, bo mamy psa i w związku z tym taki obowiązek. Do tej pory Vincentowi udało się popuścić wszystkie wydzieliny u nas w mieszkaniu. ALERT: będzie obrzydliwie. Wymioty, sraczka, megasraczka, megawymioty, siki po kroplówce, mokre sny, you name it. Wszystko było i wszystko trzeba było posprzątać, chociaż śmierdzi, chociaż obrzydliwe, chociaż to nie my zrobiliśmy. Kupy niemowlęce w pieluszce nie robią wrażenia, kiedy ma się za sobą sprzątanie krwiokału spod kredensu. I kiedy kąpało się psa, który wytarzał się w kocim truchle, które to truchło jak się dowiedzieliśmy pojawiło się jesienią, zamarzło w zimie, odtajało na wiosnę i czekało na nas do maja.

Vincent ma 9 lat, i ciągle domaga się zabaw. I głaskania, nie ma takiej ilości głasków która by mu wystarczyła, nigdy nie jest dość. Więc chodzi i jęczybuli i stęka i piszczy i jak tylko zniżysz się do parteru, on już tam jest. Jak chcesz ćwiczyć, to z Vincentem przypuszczającym atak, jak tylko na chwilę sobie przerwiesz. Psa oczywiście,w przeciwieństwie do małego dziecka, można zignorować, ale co się nasłuchasz to twoje. Nasza cierpliwość jest nieustannie wystawiana na próbę.

Kiedy gdzieś idziemy albo jedziemy razem z nim, na dłuższą chwilę, to pakujemy mu jego jedzenie, miskę, mokre chusteczki, ukochany kocyk, żeby się położył na rzyci i nie łaził bez ustanku jak nakręcony. I ta nasza torba psiej matki została skomentowana właśnie tak: ojej, to prawie jak z dzieckiem.

I czy jest zimno, czy leje, czy ci się chce czy nie chce to masz obowiązek do spełnienia. I istotę, która kocha cię najbardziej na świecie. Musisz o niego dbać, karmić, sprzątać po nim, wyprowadzać, bawić się z nim, głaskać i drżeć kiedy przelewa się przez ręce, bo zjadł jakieś gówno na spacerze i co to teraz będzie?! W pierwszym tygodniu obudziłam się w środku nocy bo usłyszałam jak rzyga. W pierwszym miesiącu Chłop musiał wyciągać ptasie kości zza obroży i zmywać nieopisany gnój w którym się wytarzał. Niezliczoną ilość razy musiałam i muszę powtarzać, że nie wolno gryźć odkurzacza, lizać sików i jajców innym psom. Grubo ponad tysiąc razy musieliśmy wycierać mu dupę po spacerze. Musieliśmy załatwiać opiekuna, kiedy chcieliśmy iść na wesele i wyjechać na kilka dni. Musieliśmy wstać i wyjść kiedy była niedziela rano i syf listopada i nie mieliśmy na to najmniejszej ochoty. Musieliśmy się z nim pobawić i wyjść porzucać mu patyk, chociaż wcale nam się wtedy nie chciało. Bardzo wiele rzeczy musieliśmy zacząć robić kiedy pies pojawił się w naszym domu. Rzeczy, które uświadomiły nam pomału i w miarę bezboleśnie jak to jest być odpowiedzialnym za kogoś, kto sam niewiele może i że choćby skały srały, ty musisz je robić dla niego i za niego. I wszystko to przestało to być teoretyczną wiedzą, abstrakcją, bo zyskało merdający ogon, śmierdzący oddech i wierne oczęta wpatrzone w pańcie. Przedtem mieliśmy tylko psa i tak, uważaliśmy że jesteśmy trochę lepiej przygotowani na to co przed nami. Teraz mamy też dziecko i owszem, byliśmy.