Jakiś czas temu trafiłam na artykuł o tym, jak często narodziny pierwszego dziecka powodują spadek odczuwania szczęścia. W wynikach cytowanych w artykule badań * można przeczytać, że dla wielu rodziców obniżenie odczuwania satysfakcji z życia jest wtedy większe niż na skutek bezrobocia, rozwodów czy nawet śmierci partnera (WTF?!). Przywołana została też dyskusja z forum, którą zapoczątkował ojciec dwójki dzieci, pisząc że: „ceną za posiadanie dzieci jest utrata wszystkiego co lubił w swoim poprzednim życiu, niemożność realizowania żadnego z zainteresowań i rezygnacja z nadziei i planów na przyszłość.” No jakby mnie kto w pysk dał. Przykre to jest. Przykre, że on się tak czuje i że jego dzieci mają rodzica, który ma do nich żal o to, że istnieją. Oczywiście je kocha, wszystko by dla nich zrobił, skoczył w ogień, bla bla bla. Ale jednak ultimatum z ogniem nikt mu nie stawia, a na co dzień dzieci uwierają, jak kamyk w bucie. Generalnie pan nie pamięta dnia kiedy zrobił coś tylko dla siebie, wszystkie pieniądze idą na dzieci, musiał się przeprowadzić na przedmieścia, nienawidzi swojego nowego lajfstajlu rodzica i tęskni za tym jak jego małżeństwo wyglądało przed dziećmi.

Może tu właśnie jest źródło problemu. W tym, że jak sam mówi, żona mu się zaniedbała. Może to to go boli i promieniuje na całokształt, a dzieci dostają rykoszetem. Może ona ma inne poglądy na dzieciowe kwestie, on się im poddał i teraz żałuje. Może nigdy nie rozmawiali o tym jak będzie wyglądać ich życie kiedy już zostaną rodzicami i będą mieli jeszcze kolejne osoby do wzięcia pod uwagę. Może jej nie przeszkadza dzieciocentryzm i mają problem, bo się im lajfstajle nigdy nie zgodzą. A może ona myśli tak jak on, tylko nie chce się przyznać, bo myśli że będzie wyrodną matką. Kto to wie, to już chyba specjalista musi wyjaśnić.

Mnie się widzi, że przecież to wszystko co go tak boli, to są ich własne decyzje. Dzieci nie potrzebują do szczęścia wszystkich ich pieniędzy ani ich wspólnej obecności 24 na dobę. To oni decydują się im je poświęcać. To oni się przeprowadzili na przedmieścia, których pan nienawidzi; to nie jest obowiązkowa dla wszystkich migracja po urodzeniu dziecka, nie ma przymusu. Nienawidzi swojego lajfstajlu, ale on jest taki na jaki się godzi. Małe dzieci wezmą tyle, ile im da, one go nie zwolnią z samonarzuconego obowiązku robienia zawsze tego co one chcą, jeżdżenia tam gdzie one chcą i kupowania tego co one chcą, nie może mieć do nich o to pretensji. Jeśli tak bardzo zależy mu na swoim poprzednim życiu, to dlaczego to olał i nie próbuje włączyć dzieci do rodziny, która ma takie a takie zwyczaje i sposoby spędzania czasu. No chyba że jego lajfstajl to rozbijanie się po koktajl barach i odsypianie kaca do 18. Ciężko to zgrać z dziećmi. Czy przestał podróżować z braku pieniędzy na takie podróżowanie jak przedtem i niechęci do robienia tego w gorszym standardzie? Trzebało dodać, pomnożyć, policzyć se pod kreską, to by się dowiedział zawczasu. Na wszystko to co przedtem, nie będzie mógł sobie pozwolić, ale nie jest tak, że na nic. Ludzi, którzy podróżują na fristajlu z plecakami do Kambodży posiadanie dzieci nie uziemia na 20 lat. Pakują się i jadą z dzieckiem, zamiast siedzieć i płakać nad swoim losem. Czy jest im trochę trudniej? Przypuszczam, że tak. Ale alternatywą jest życie w niezadowoleniu, a po co to komu? To wszystko są nasze wybory, nie przyjedzie policja i nie da nam kary za to, że zabierzemy dziecko na wystawę malarstwa, a nie do kulek. W dyskusji pojawiły się głosy, że wszystkiemu winna jest dzieciocentryczna kultura, która stawia dzieci na pierwszym, drugim i trzecim miejscu, a rodziców gdzieś w ogonie i że nasz nieszczęśnik padł jej ofiarą. A ofiarami padają też dzieci, które potem wszyscy winią za skrajny egocentryzm, egoizm, brak umiejętności dzielenia się i tak dalej. Tylko, że to rodzice powinni je nauczyć, że nie są pępkiem świata, same się szybko nie domyślą. Staną się dorosłe i świat będzie zniesmaczony ich postawą, a one światem, który nie kręci się tylko wokół nich.

W historii smutnego pana najbardziej dziwi mnie to, że to stary koń jest. Miał 33 lata kiedy decydował się na dzieci. I taki jest zaskoczony no, no, no. Podobno uwielbiał być dla dzieci swojego rodzeństwa jak cool uncle Jessie, więc się trochę dzieci i życia z nimi naoglądał. Może patrzył, ale dobrze nie widział. Albo zabrakło mu wyobraźni i teraz jest zawiedziony, że 6 lat nie podróżował.

Post doczekał się na forum 400 odpowiedzi i okazuje się, że każdy kogoś takiego zna. Albo sam tak ma. Nie on jeden poddaje się, poświęca i cierpi, bo tak będzie lepiej dla dzieci. Ale jak to będzie lepiej dla nich, jeśli będą mieć nieszczęśliwego rodzica, któremu odechciewa się żyć kiedy tylko otwiera rano oczy? Można siedzieć i rozpaczać nad wszystkim co bezpowrotnie się utraciło (olaboga!) albo cieszyć się dziećmi i nowym życiem razem z nimi. Można marnować czas na rozgoryczenie i żale, albo zamiast tego zastanowić się jak urządzić wasze wspólne życie tak, żeby wszyscy byli z niego zadowoleni. Faktycznie, ciężki to wybór.