Zimy, jeśli o mnie chodzi, mogłoby w ogóle nie być. Wcale, a wcale nie jest mi potrzebna do szczęścia i nigdy nie była. Listę utrudnień i nieprzyjemności powodowanych zimą mogłabym ciągnąć w nieskończoność. Ciemno, słońca jak na lekarstwo i zimno, albo jeszcze zimniej. Brodzenie w śniegu, ślizganie się na lodzie, smaganie śniegodeszczem po twarzy, po oczach, po wszystkim. Biedne i nieadekwatnie drogie warzywa i owoce, albo ich brak; nie wiem co gorsze. Gdyby nie to, że nie chcę pławić się w złych uczuciach to postawiłabym sobie za cel zrobienie listy 100 powodów dla których zima powinna nie istnieć. No ale zimy nie usunę, choć mogłoby to być jedno z trzech życzeń do złotej rybki, więc cóż, trzeba żyć. Od kilku lat staram się jak mogę przezwyciężać swoją niechęć i znosić tę, było nie było, kilkumiesięczną porę pogodzona z losem. Nie chciałabym swoim malkontenctwem zarazić Poli, więc z niechęcią do zimy próbuję walczyć jak umiem.

1. Nie ma złej pogody, jest tylko nieodpowiednie ubranie.   

Pech chce, że kiedy byłam w liceum, obowiązującym fasonem spodni były bootcuty. Co w zimie kończyło się tragicznie, spodniami nasiąkniętymi śniegową breją niemal do kolan po każdym wyjściu; dlaczego, dlaczego rurki pojawiły się w moim życiu tak późno?! Ileż walk stoczyłam ze sobą, czy ubrać kurtkę ładną ale zupełnie nie na zimę, czy może taką w której będzie ciepło, ale jednakowoż, nie bez powodu, funkcjonującą pod pseudonimem „dziad”. Ehh, błędy młodości i fatalna moda lat 2000. Nawet kilka lat temu chciałam zaklinać rzeczywistość i wybrałam się do pracy w botkach z podeszwą bez bieżnika, pomimo ostrzeżeń pogodowych. Śniegu oczywiście naciulało, droga do domu wiedzie pod górę, a ja w moich bucikach nie umiałam kroku zrobić, niby do przodu ale jednak sruuu w dół. Już byłam o krok (nomen omen), żeby usiąść i zacząć płakać, bo przecież nie dojdę, no nie wejdę, po taksóweczkę będę dzwonić, żeby mnie zawiozła, „nie wstanę, tak będę leżał!”. Ostatecznie pogodziłam się z z tym, że jeśli nie chce się marznąć, ślizgać i przemakać i codziennie na to narzekać, to w zimie moda idzie w odstawkę. Stylowe bawełniane rajtki pod spodnie, długa koszulka do majtusiów, idealna kurtka/kołdra/namiot, której jeszcze nie znalazłam. No i buty. Od kiedy pierwszy raz jako dorosła osoba ubrałam śniegowce, nie wyobrażam sobie ich nie posiadać; nic nie przecieka, jest mi ZAWSZE ciepło i mogę robić normalne kroki. Zapakować się od stóp do głów, opancerzyć, żeby zima nie miała którędy wleźć. Oczywiście ceną za te wygody jest wygląd i nieuchronnie pod koniec zimy chce mi się płakać, że wyglądam jak bałwan. Ale chodzić do wiosny w permanentnym przykurczu z zimna, z odmrożonymi stopami, w babcinym tempie, bo tarcie ładnych butków jest zerowe, uśmiecha mi się jeszcze mniej.

2. W końcu awaria też jest jakąś okazją

Energii i optymizmu, żeby tolerować zimowe miesiące starcza mi do świąt. Zima jest w tym czasie jeszcze do zniesienia, ma to swój urok i klimat, niech stracę. Na święta nawet mogę się zgodzić na śnieg, a co tam. Święta i Nowy Rok to taka gruba okazja, jest na co czekać – są atrakcje, jest wolne, a przez cały grudzień można doceniać przygotowania, dekoracje, atmosferę. A potem przychodzi styczeń i daje nam w papę. Już tylko kupa zimowych dni przed nami, nieprzedzielonych żadnym wytchnieniem. W szkole były chociaż ferie, na studiach jakaś tam przerwa między semestrami. Teraz pozostaje cieszyć się z każdej możliwej okazji i produkować je samemu. Karnawał, tłusty czwartek, ostatki, walentynki, urodziny, olimpiada, co tylko, żeby sobie uprzyjemnić czas. No i może jednak się zmusić i gdzieś pojechać, chociaż niechęć przed opuszczaniem gawry i podróżowaniem w zimnie jest ogromna…

3. Pies

Jak już wspominałam * od kiedy mamy psa, to niezależnie od tego jak fatalna jest pogoda, kiedy muszę go wyprowadzić na spacer to po pierwsze nie mam wyboru, a po drugie magicznie przestaje mi to przeszkadzać. Może to dlatego, że absolutnie stosuję się do zasady z punktu pierwszego i wiem, że to tylko na 15 minut? W każdym razie usiłuję to uczucie przywołać też w innych sytuacjach, skoro potrafi mi zima i syf nie przeszkadzać, to niech mi częściej nie przeszkadza.

4. Dziecko

Póki co Pola nie przejawiła zachwytów nad śniegiem, ale liczę się z tym, że się jej odmieni do przyszłego roku. Może i ja polubię ten czas, bo będzie fajnie spędzać go razem na śniegu? Gorzej kiedy śniegu nie ma i jest tylko zimno, mokro i syf, ale to dzieci też zdają się znosić z godnością, o której ja mogę pomarzyć. Dzieci nie odczuwają potrzeby zakopania się pod kocem i przeczekania do wiosny, więc tak jak z psem, nie będę mieć wyboru. Może jej radość stanie się moją radością?

5. Coś co można robić tylko w zimie

Nie wydaje mi się żeby repertuar czysto zimowych rozrywek i sportów był szczególnie rozbudowany, ale można podciągnąć pod to coś co w zimie jest przyjemniejsze niż kiedy indziej. Jako, że nie mamy w mieście krytego całorocznego lodowiska (co oczywiście uważam za skandal) to dla mnie taką zimową atrakcją są łyżwy. Tym sposobem jestem zmuszona lubić zimę, bo inaczej wcale bym nie pojeździła, taka historia.

6. Jedzenie

Jedzeniem najlepiej się nie pocieszać, ale w styczniu ciężko z tym walczyć. Zimą można gotować to co wiosną i latem nie przejdzie, bo jest za ciepło, bo to za treściwe, bo pragniemy świeżości i roślin a nie różnych rozgrzewających, pieczonych i aromatycznych pyszności. No i ciasta, ciasteczka, muffinki i innej maści wypieki i desery; robić, piec albo obżerać się w kawiarniach. I zapijać grzańcem i ahhh, domową naleweczką. Należy się!

7. Seriale

Netflix jest moim wielkim zimowym przyjacielem. Im zimniej i paskudniej, tym chętniej wciągam się w kolejne seriale. Im bardziej odstręcza mnie świat zewnętrzny, tym chętniej zaglądam do światów wyimaginowanych i zapominam o horrorze za oknem.

8. Wakacje

Rozmyślanie w zimie o planach na lato i wakacjach zakrawa z jednej strony na masochizm, ale z drugiej podtrzymuje nadzieję, że ta zima kiedyś musi minąć i jeszcze będzie przepięknie. Jest na co czekać, jest o czym rozmyślać, przygotowywać się, jest się czym żywić. Oczywiście najlepiej byłoby opuścić ten padół zimowego nieszczęścia, jeśli nie na 3 miesiące, to chociaż na 2 tygodnie i udać się w milsze strony, z palmami i ciepłem, to chyba najlepsze remedium.

9. Zmuszanie się do wychodzenia

Na myśl o wychodzeniu w zimie zawsze ogarnia mnie niechęć. Co prawda czasem optymistycznie umawiam się, robię jakieś plany a potem jak przychodzi co do czego to mam nadzieję, że okaże się, że jednak nie dojdzie to wszystko do skutku bo nie mam najmniejszej ochoty nigdzie iść. Ale jak już się nie uda wymigać i odwołać i jak już skończę biadolić nad tym, że „po co ja się umawiam, po co?” i wyjdę, to okazuje się, że jednak warto było się zmusić i nie jest tak najgorzej opuścić pielesze. Wyjść i zażyć trochę świata i ludzi.

Muszę jeszcze zaznajomić się bliżej z popularnym ostatnio konceptem hyggowania – stworzyli go ludzie skazani na pogodę jeszcze straszniejszą od naszej, więc chyba wiedzą dobrze co to za nierówna walka. Powtarzam sobie codziennie jak mantrę mój ulubiony cytat: „W głębi zimy zrozumiałem w końcu, że jest we mnie niezwyciężone lato” * . Powtarzam go sobie, krzycząc w duchu: nie złamiesz mnie, ty małpo w białym! Przecierpię cię, przeczekam, znajdę sobie jakieś radości. Ale koleżankami to my nie zostaniemy. Zwłaszcza po tym jak mnie wysterowałaś w ostatni weekend zamrażając samochód, odbierając plany i chęć życia. Gangreno ty.