Dzisiaj o moich postępach i obserwacjach po pół roku z BLW.

Gotowanie

Z każdym tygodniem było coraz przyjemniejsze. Coraz mniej trzeba było zastanawiać się i dobierać menu tak, żeby Polcia sobie poradziła, bo ma coraz lepsze umiejętności. Teraz w zasadzie wogóle nie biorę pod uwage kryterium „czy sobie poradzi”, bo radzi sobie prawie ze wszystkim a życie staram się sobie ułatwiać jak tylko się da.

  • Nie miałam zaufania do ugotowanych na sypko ryżu i kasz, więc zastępowałam je kaszą jaglaną albo makaronem. Takie rozsypujące się ziarenka są ciężkie do skonsumowania bez sztućców i umiejętności nagarniania. Teraz zaczęłam podawać też ryż i inne kasze, na przykład orkiszową, tylko bardziej rozgotowane niż standardowo.
  • Jeśli chodzi o zupy to od zawsze jadamy praktycznie tylko takie w wersji „krem”. Podaję taką zupę w kubku, nabieram na łyżeczkę i daję małej do ręki albo przed zmiksowaniem odkładam treściwszą porcję dla Poli i robię z zupy sos, do makaronu albo kaszy. Kubka trzeba trochę pilnować, a danie z makaronem jest w pełni samoobsługowe.
  • Robię dużą ilość mięsnych puplecików, wkładam do zamrażarki i wyjmuję po sztuce, według uznania i potrzeby, do obiadu albo kolacji.
  • Mrożę też naleśniki po jednej, dwie sztuki. Świeże oczywiście lepsze, ale ciężko zrobić tylko dwa naleśniki. Kiedy my jemy na obiad na przykład zupę grzybową to taki naleśnik z zamrażarki jest jak znalazł. Albo na kolację. Z którą zawsze jest najtrudniej i mieć coś gotowego albo chociaż półprodukt pod ręką jest wielką wygodą.
  • Robimy mnóstwo pierogów i mrozimy. Jak wyżej.
  • Zawsze mam też mrożone warzywa, żeby można było wziąć po kilka sztuk, kiedy nasz obiad jest niedozwolony albo nie wiadomo co na kolację
  • Staram się też zawsze mieć jakieś mrożone owoce, na wypadek gdyby te świeże akurat wyszły. Poza tym truskawki czy maliny przez większą część roku są dostępne tylko w takiej formie.
  • W ciąży i podczas karmienia jadłam wszystko, jestem wyznawcą szkoły, że dieta karmiącej nie istnieje. Ostre, kwaśne, z czosnkiem, z cebulą, co tylko, przenikało do wód płodowych, przenikało do mleka, więc był czas przywyknąć. Nie było zażaleń. Oprócz soli i ostrej papryki nie ograniczam żadnych przypraw i Pola je jedzenie przyprawione tak jak nasze.

Sprzątanie

Bywa uciążliwe, bywa. Przypadkiem odkryłam na to radę. Zrobiłam zupę, której nie umiałam zmiksować na odpowiednią konsystencję – na łyżeczkę do ręki za rzadka, do kubka za gęsta i z krupami. Więc próbowałam ją Poli podawać na łyżeczce, do buzi. No panie, horror. Już wolę osiem razy sprzątać, niż przed nią siedzieć i czekać jak na zbawienie, aż otworzy buzię i zje a czas ciągnie się jak z gumy. Nie, nie, nie. Tak więc jeśli mierzi was sprzątanie, spróbujcie karmienia i może odświeży się wam perspektywa.

Jemy trzy zasadnicze posiłki i dwa dodatkowe – 2 śniadanie i podwieczorek. I te dwa mniejsze posiłki staram się serwować mało brudzące. Domowe wypieki, koktajle pite przez słomkę, w miarę czyste owoce. Byle tylko wystarczyło przetrzeć łapki i buzię mokrą chusteczką, a blat ledwie omieść.

Dodatkowa uwaga: NIE gotujemy z kurkumą. Szorowanie blatu z żółtej poświaty to żadna przyjemność, a mnie się zawsze wydaje że ciągle i wciąż jest brudny!

Sprzęt (TU)

Fartuszek starczył na pół roku, popękał od prania bo jednak pod koniec był płukany 3 czasem 4 razy dziennie. Przypuszczam, że jest to też odpowiedzialne za wzrost rachunków za wodę ;). No ale nie liczyłam na dłuższą jego karierę. Teraz mamy klasyczny fartuszek z Ikei w kropki, bo Pola już się w nim nie topi.

Krzesełko od rozlewania wody trochę straciło na urodzie na podnóżku, ale można go pomalować i po problemie. Poza tym, jesteśmy z niego bardzo zadowoleni.

Łyżeczka jest strzałem w dziesiątkę, podaję ją Poli do ręki i sama się nią elegancko posługuje. Byleby zawartośc nie była zbyt płynna, bo spada przy kręceniu beczek.

Kubeczek Doidy również. Łatwo się go trzyma, jest większa kontrola nad spływaniem wody, górna krawędź nie odbija się na czole i to nie są drogie rzeczy, wiec chyba nie ma co płakać, że marketing, lichwa i kubkowe kondominium! Oprócz kubka używamy tez butelki ze słomką do picia. Kubek podajemy przy posiłku, kiedy i tak jest syf a z butelki ze słomką mała pije poza posiłkami. Drugi raz miałabym wątpliwości co do białego koloru, bo jak postoi dłużej umazany sosem pomidorowym, to ciężko mi się go domywa. Fartuszek zresztą też, ale po nim nie oczekuję śnieżnej bieli.

O żywieniu

Od porad odnośnie wartości odżywczych w serwowanych posiłkach idzie postradać zmysły. Takie żelazo na przykład – MNÓSTWO rad czego z czym nie łączyć, co utrudnia wchłanianie, co pomaga. Ale jak je wszystkie zastosujesz, to się okaże, że brakuje czego innego, i profil żywienia nie zgadza się z innymi rozpiskami. A jak do tego dojdzie jeszcze alergia na coś i fakt, że dziecko czegoś zwyczajnie nie lubi i jeść nie chce, to już naprawdę pozamiatane. Ja proszę po tych wszystkich poradach napisać CO i Z CZYM mam podać do zjedzenia, kiedy i ile, bo ja nie wiem, nie umiem, poddaję się.

Wzory menu, na przykład z poradnika Instytutu Matki i Dziecka (swoją drogą poza tym całkiem treściwego i przystępnego) też mnie trochę osłabiają. Na obiad zupa i drugie danie, koniecznie, i krem z groszku i pulpet i surówka i kopytka, wszystko zrób. A na podwieczorek pół pieczonego jabłka a na kolację ryż zapiekany na słodko. I jeszcze śniadania dwa, hello. Jak tak czytam to obawiam się, że mogłabym w ogóle nie wyjść z kuchni, ale za to wyjść z siebie. I odczuwam zmęczenie, zwłaszcza jak widzę te podane przy wszystkim gramatury. Co ja mam, jeszcze to ważyć wszystko? Czy aby 50 gramów tego produktu daję, a nie 70 na przykład? Co ona, kulturysta jest? Mnie to przytłacza niezmiernie.

Jest w tym poradniku za to ramka, która jest bardziej pomocna bo nakreśla mniej więcej jakie grupy produktowe powinny się znaleźć w posiłkach. Oczywiście potem dzieje się tak, że wyważony składnikowy naleśnik zostaje wzgardzony i w efekcie Pola zjada banana, bielucha i powiedzmy, że trochę chleba. Mniej więcej dobrze. Niech będzie.

*

Żeby zobaczyć czego i ile tak naprawdę przyjmuje mała w ciągu dnia skorzystałam ze strony cronometer.com. Wystarczy wpisać dane i ustalić ilość kilokalorii jaką powinno przyjąć dziecko (83kcal na kg masy, od 13 do 36 miesiąca). Potem dodajemy z listy produkty, które dziecko zjadło i strona wylicza nam przyjęte kilokalorie, tłuszcze, białka, węglowodany, błonnik, witaminy, mikroelementy, wszystko! Podaje w procentach ile normy mamy zaliczone więc widać jak na dłoni czego za mało a czego ewentualnie za dużo. Trudnością jest jedynie oszacowanie ile z tego co podajemy tak naprawdę trafia do brzucha.

O BLW poczytasz też tu:

BLW – refleksje po pół roku vol.1

BLW – jak zacząć i się nie zniechęcić

5 kwestii, o których musisz pamiętać zanim zdecydujesz się na BLW

Jak przygotować się do BLW praktycznie