Nie tylko nie wyrzucę wszystkich książek jakie mam o dzieciach i wychowaniu, ja chętnie dokupię kolejne do kolekcji. Bo wolę wiedzieć więcej niż mniej, wolę w tej kwestii klęskę urodzaju, niż nie wiedzieć nic. Wolę przeczytać więcej i sama oddzielić ziarno od plew, sama wybrać to co do mnie przemawia, co wydaje mi się wiarygodne.Wierzę że z każdej książki coś można dla siebie wyciągnąć, niekoniecznie coś co zastosujemy jeden do jednego. Czasem można uzmysłowić czego się absolutnie nie chce, nie akceptuje i robić nie będzie. Większości rzeczy w kwestii wychowania wcale nie wiemy lepiej tak o, po prostu, bo zostaliśmy rodzicami, więc pomoc mądrzejszych jest nieoceniona. Może się też okazać że to co wydawało się dobrym pomysłem nie działa i trzeba szukać alternatywnych rozwiązań. Polecam szukać w książkach właśnie.

Nie szukałam w książkach wiedzy o tym ile razy moje dziecko ma iść spać i na jak długo. W takich kwestiach podążam za dzieckiem i za tym co wydaje mi się naturalne. Ale już na przykład przewijanie dziecka – no skąd masz wiedzieć jak to robić poprawnie? I co za różnica czy ci ktoś pokaże czy przeczytasz w książce ze zdjęciami? Może nie ma ci kto w domu pokazać? Pielęgniarka coś tam w szpitalu robiła, ale zapamięta to kto? Bo czy to takie oczywiste jak należy się obchodzić z noworodkiem przy zmianie pieluchy? Potem oglądasz „Breaking Bad” i widzisz jak byk, że ciągną niemowlaka za stopy do góry, ci Amerykanie! Może właśnie podniesienie za nogi jest instynktowne, a to przecież nie, nie, nie! Albo z kąpaniem. Żeby nie wkładać malca do wody plecami tylko bokiem. Powie ci to babcia? No jakoś wątpię. Przeczytasz książkę, dowiesz się że jest tak i tak i wkładasz bokiem i masz większe szanse na sukces. A że może się zdarzyć, że i tak będzie ryczeć bo będzie taką miało wolę i ochotę? No bywa. To nie są niezawodne instrukcje obsługi tylko rady jak obchodzić się z dzieckiem, żeby było lepiej dla niego i łatwiej dla ciebie. Nie ma stuprocentowej skuteczności, to że coś nie zadziała nie koniecznie znaczy że robisz to źle.

Głupki i naiwniaki, dziecka bez książki wychować nie umieją, przecież to nic trudnego, po co w ogóle jakieś tam książki czytać, farmazony, wymysły nowoczesne. No jak tak, to gratuluję, powodzenia i krzyż na drogę! A może jednak korzystajmy ze zdobyczy cywilizacji i rozwoju nauki? „Bo ludzie to teraz potrzebują do wszystkiego poradników.” Może i potrzebują. Może i przez wieki by im się przydały, tylko nie było ich skąd wziąć. Że kiedyś książek nikt nie czytał a wszyscy żyjemy? Taaa, kiedyś nie było też pralek automatycznych, jednorazowych pieluch i fotelików samochodowych, a dzisiaj chętnie z nich wszyscy korzystamy. Oczywiście ich używanie ogranicza nasz wysiłek, w przeciwieństwie do czytania książek i wyciągania z nich wniosków, pewnie tu jest pies pogrzebany. Że może i chciałabym, ale mi się nie chce. Wychowanie dziecka to poważna sprawa, nie jakieś tam kanapeczki. Ciągłe, długotrwałe i z długofalowymi konsekwencjami. Czy na prawdę nie warto się do niego trochę przygotować, poświęcić czas i energię, żeby się nad tym zastanowić? Książka w tym pomaga, jak nic innego. Nie mam szerokiej wiedzy z psychologii, o rozwoju dzieci, emocjach i tym podobnych i potrzebuję pomocy, żeby lepiej zrozumieć swoje dziecko i żebyśmy mogły sobie lepiej radzić. Jeśli odrzuca się całą fachową literaturę i pomoc, to z jakimi narzędziami zostaje się jako laik? Z miłością i dobrymi chęciami; niestety to trochę mało. Ja chętnie skorzystam z wiedzy wykształconych ludzi z doświadczeniem, którzy znają się na głowie małego dziecka. Ja, tak jak i większość rodziców, się nie znam bo i skąd mam się znać.

Do innych relacji może i nie potrzeba książki ale biorą w nich udział dorosłe osoby, równe sobie. Dorosłemu łatwiej wytłumaczyć rzeczy i przekonać do swoich racji, odwołując się do narzędzi, które masz, jesteście na tym samym poziomie, wiesz co zrozumie, wiesz, że nauczył się już kontrolować emocje (a przynajmniej powinien) i że odwoływanie się do logiki ma sens. Zresztą ta wiedza z książek tak naprawdę przydaje się przy wszystkich relacjach bo pozwala lepiej zrozumieć jak i dlaczego reagują i czują ludzie. Związki wymagają pracy, wszyscy to wiemy. Tylko że dziecko pracować nie będzie, bo nie wie co to znaczy, cała praca i odpowiedzialność spoczywa na rodzicu. Od dorosłego możesz oczekiwać, że sobie poradzi z sytuacją, uczuciami własnymi i innych, że odwoła się do rozsądku. Od dziecka nie możesz tego wymagać, to ty mu musisz pomóc. Wiesz jak to zrobić skutecznie, jak najmniej boleśnie dla wszystkich i tak żeby działało w długiej perspektywie czasu a nie tylko dziś, na chwilę?

Jak ktoś nie umie podejść do tego ze zdrowym rozsądkiem i miota się między kolejnymi podręcznikami, żeby wszystko zrobić jak każą, bez odstępstw, chociaż w jednym każą tak a w drugim srak, no to faktycznie może oszaleć. Ale to chyba nie książek wina…? Czemu książki miałyby zabierać wiarę w siebie? Żadna z tych, które mam nie gwarantuje sukcesu za każdym razem, nikt tam nie twierdzi, że znalazł jedną, złotą, cudowną radę na każdy problem. Pokazują za to o czym pamiętać, na co zwrócić uwagę. Uświadamiają rzeczy, które, gdy się zastanowisz, okazują się oczywiste, daaa. Sprawiają, że czuję się bardziej kompetentna a nie pogrążona w rozpaczy, że nic nie wiem, nie umiem, nie nadaję się!

Książkę „Jak mówić żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać żeby dzieci do nas mówiły” widziałam w kiosku Ruchu, za niecałe 20 złotych. Nie trzeba wiele wysiłku, żeby się czegoś dowiedzieć, ale jednak trochę trzeba i do tego jeszcze nieco chęci. Co smutne, wielu jest wykształconych, niby światłych ludzi, którzy mówią że tak, klapsy i stanie w kącie jest spoko. Pozostaje mieć nadzieję, że to wszystko z niewiedzy, a nie złej woli. Że jak przyjdzie co do czego, to sięgną po książki i dowiedzą się jak obchodzić się z dzieckiem. Zamiast korzystać z mądrości przodków, że nie ma to jak chłosta brzozową witką i klęczenie na grochu.