Kiedy przeglądam oferty większości sklepów z ubraniami dla dzieci, to ciężko jest mi znaleźć coś co chwyciłoby mnie choć trochę za serce. Jak coś jest szare i gładkie, to uważam że mam wielkie szczęście i na wiele więcej nie liczę. Uzupełniając garderobę Poli zawsze zaglądam najpierw do działów chłopięcych i regularnie odwiedzam każdy możliwy lumpeks, w nadziei na jakieś klawe znaleziska. Czasem znajdzie się jakaś mega perełka, częściej rzeczy po prostu całkiem fajne. Po 15 miesiącach ubierania Poli (a właściwie dłużej, bo przecież ciuchy gromadziłam od początku ciąży) stwierdzam, że ubranie jej tak, żeby nie była różową cukierko-bezą z wynaniem „I’m a cute girl” na piersiach, wymaga wysiłku. Wysiłku i chęci, do których trzeba dodać albo trochę pieniędzy albo trochę czasu. Widzę, że ubranie dziecka tak, żeby wyglądało w moim odczuciu fajnie to jest wyzwanie. A zwłaszcza dziewczynki. A już zwłaszcza malutkiej. Nie przeczę, że toczy mnie daleko posunięta choroba zawodowa. Nie umiem w misie i kotki, nie mogę zdzierżyć napisów o niczym, cekinów-dżetów-kokard-brokatów w konglomeracie. Każdej jednej rzeczy w kolorowe kropki albo paski albo kratki. A jak bez wzoru to koniecznie z obrazkami, napisami, naszywkami i czym tylko. I już nawet zakładając, że taki kapelusz w kolorowe wzory może być sam w sobie spoko, to z czym, z czym go nosić żeby nie było wzorzysto-kolorystycznej kakofonii raniącej oczy, skoro wszystko jest kolorowe, we wzory i w napisy? No mnie to boli, już taka ze mnie próżna sraka, co poradzisz.

Jako, że jestem mistrzynią lumpeksowych polowań, to powstałą nadwyżkę funduszy przeznaczam na małe zakupowe szaleństwa. Logika powstawanie tej nadwyżki, przez oszczędzanie na kupowaniu taniej rzeczy, które nie są niezbędnie potrzebne, to osobna historia. No ale tak sobie to tłumaczę, że w końcu się jej należy coś od życia i mamy, nie? Na co dzień radzę sobie jak mogę i najczęściej moje zdrowie psychiczne ratują rzeczy zwykłe, gładkie, i to tu jakieś ACDC, to tu znaczek Batmana. Ale najchętniej skompletowałabym całą garderobę Poli w sklepach takich marek jak rewelacyjne i wielbione już przez mnie na blogu Six Bunnies. Drugą marką z której najchętniej wykupiłabym wszystko w rozmiarze Poli i każdym następnym na przyszłość jest Little Misfits.

To kanadyjska firma, założona przez panią, która nie umiała znaleźć idealnego prezentu na baby-shower swojej wytatuowanej przyjaciółki. Jako, że nie umiała znaleźć, to w 2009 roku zrobiła go sobie sama a teraz w jej produktach biegająrocknrollowe dzieci całego świata. Koszulki i bodziaki mają nadruki, w których chętnie chodziłabym sama. A do tego rękawy udające (ładne!) tatuaże, które wzbudzają wielki entuzjazm, gdzie się nie pojawimy. Zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia. I nie tylko ja, bo ostatnio Pola zażądała ubrania jednego z tych bodziaków i absolutnie nie było mowy, żeby ubrać co innego. W asortymencie mają też drewniane gryzaki w niebanalnych kształtach, utrzymanych w rockowej stylistyce. Myślałam, że nasz gryzak będzie głównie cieszył moje oko, stojąc na półce, ale okazało się, że był dla Poli tak samo atrakcyjny jak te gumowe i kolorowe.

P.S. Mnie urwało dupę, i chętnie zamówię kolejną paczkę, z nadzieją, że tym razem nie będzie się ona błąkać po Okęciu przez 10 dni prawie przyprawiając mnie o zawał, kiedy jej status zmienił się na „w drodze do Chicago”. Jak się wtedy dowiedziałam przez telefon, przesyłka o takim numerze w ogóle nie dotarła do Polski. A trzy godziny później przyniósł mi ją listonosz. To jest Poczta Polska, tego nie ogarniesz.