Z jednej strony to zaskakujące, jak dużo „siebie” trzeba wkładać w rodzicielstwo. A z drugiej strony, jak się chwilę zastanowić, to nie powinno być w tym nic dziwnego, że rodzic jako siła sprawcza w tym równaniu jest tak samo ważny jak dziecko. Wiadomo, że wkładamy siebie przez pracę, wysiłek i starania skierowane na dziecko. Z dzieckiem, dla dziecka, o dziecku, dziecko, dziecko, dziecko. Ale co z nami? Co z orką na ugorze naszej dorosłej kaprawej osobowości? Przecież nie jesteśmy raz na zawsze skończeni i gotowi na tip top, żeby już tylko niewzruszenie trwać sobie obok i zawsze wiedzieć najlepiej.

Mówią, że rodzicielstwo wyciągnie wszystkie twoje ułomności na wierzch, że przejrzysz się w dziecku jak w zwierciadełku. Takim do bólu szczerym, jeszcze czarno-białym, jeszcze nieskażonym, pokazującym więcej niż chcesz widzieć. Obok masz małego człowieczka, który bezlitośnie zweryfikuje wszystko co mówisz, robisz, myślisz; nie tylko to co skierowane jest bezpośrednio w niego. Dla dziecka jesteś do pewnego momentu najważniejszym źródłem wiedzy o nim samym, otaczającym go świecie i relacjach z nim. I ono patrzy, słucha i czuje cały czas, nie tylko wtedy kiedy byś tego chciał. Jesteś ciągle na tapecie, masz swój własny fan club i stalkera w jednym. Ty, twoje słowa, twoje decyzje, twoje działania i myśli. Nie ma urlopu, nie ma taryfy ulgowej, co powiesz i zrobisz, to do ciebie wróci.

I tak Pola słyszy kiedy mówimy do naszego psa „cześć grubasie” i „uważaj parówo”. Kiedy Makłowicza nazywamy, pieszczotliwie w naszym odczuciu, „Grubciem” (któremu to, btw totalnie zazdrościmy lajfstajlu!). A kiedy Vincent po raz kolejny zjada kawałek bułki, który prędzej czy później wyrzyguje albo coś co poluźnia mu stolec to mówię, że nakopię mu do dupy. A przecież nie nakopię, nigdy nie nakopuję. Tak tylko gadam. Kiedy rura od odkurzacza nie chce się zmieścić w szafie gdzie jej miejsce i wypada po raz piąty to czasem mam ochotę wrzeszczeć jak Godzilla. I czasem tak właśnie robię. Nie wiem czy w nadziei, że rura się przelęknie, stanie do pionu i przestanie mnie denerwować, czy jak. Czy szafka się bardziej zamknie, jak w nią pierdolnę trzy razy też nie wiem.

Kiedy nie jestem spokojna jak pusty bambus to robię takie różne rzeczy. Robię i robić będę. I mówić „nieodpowiednie” rzeczy, z których trzeba się potem tłumaczyć też. Nie da się tego uniknąć. Wiadomo, że lepiej próbować zachować się tak jakbyśmy sobie tego sami w swojej głowie życzyli, kiedy jesteśmy spokojni i mamy czas się zastanowić. Ale kaman, trzeba żyć, nie sposób sobie nigdy nie popuścić, nie ma co się po prostu automatycznie samobiczować kiedy się nie uda i bez zastanowienia udawać, że to się nigdy więcej nie powtórzy, kropka. Stało się. Staje się. Jesteśmy ludźmi. Chodzi o refleksję po, a czasem najlepiej jeszcze w trakcie. Refleksję na temat siebie, swoich uczuć, zachowania. Refleksję, że można inaczej i lepiej. Albo refleksję, że jest tak jak jest i nie będę mówić ani robić inaczej, bo tak uważam i już. A potem czas na clou tego wszystkiego, czyli rozmowę, dlaczego i skąd się wzięło to co powiedzieliśmy, zrobiliśmy i dlaczego uważamy tak, a nie inaczej na ten temat. Skoro można witać się z kochanym pieskiem tytułując go grubasem, to dlaczego nie mówić tego pani w sklepie? Skoro ty radzisz sobie z gniewem i frustracją siłą i krzykiem, to jak ma radzić sobie ktoś kto uczy się tego radzenia od ciebie?

To jak wpływamy na nasze dzieci to ocean nieskończoności. Nawet robiąc rzeczy nie związane z nimi bezpośrednio, więc nie wystarczy starać się tylko w kontaktach z nim a resztę srać. Dlatego tak ważne jest bycie świadomym siebie. Swoich reakcji, swoich słów, zachowań. Jeśli spojrzymy na to wszystko z dystansu i przemyślimy to możemy (ze zgrozą) uświadomić sobie jak wiele zależy od nas, za jak wiele jesteśmy odpowiedzialni tylko my. Bez przyjrzenia się sobie i zastanowienia, jesteśmy skazani na powtarzanie tych samych błędów, które potem rezonują w relacjach z dziećmi. Niewygodne to i brzmi jak kołczingowe pitu pitu ale bez zadawanie sobie pytań dlaczego robię to co robię, dlaczego reaguję tak jak reaguję, nigdy nie ruszymy z miejsca. Fakt, że dziecko patrzy i pochłania cię wszystkimi zmysłami może być idealnym powodem, żeby zacząć zaglądać do środka i szczerze odpowiadać na niewygodne pytania. I czasem może być też źródłem wiedzy o tym dlaczego nasze dziecko zachowuje się tak, a nie inaczej. A czasem to tylko informacja zwrotna dla nas – czy takim właśnie człowiekiem chcę być? Może akurat tak i po sprawie, your work here is done.

Niedawno skończyłam czytać książkę doktora Stuarta Shankera „SELF-REG”, pozycję do której na pewno wrócę jeszcze nie raz. Autor proponuje naukę samoregulacji jako metody radzenia sobie z niechcianymi zachowaniami dzieci, ale nie tylko, bo ta metoda jest dla każdego. Autor pokazuje jak ważne jest zidentyfikowanie swoich emocji i ich źródeł, po to żeby móc nimi świadomie zarządzać. Pokazuje jak z pozoru błahe rzeczy takie jak zbyt ostre światło albo zbyt duży hałas mogą w trymiga doprowadzić na skraj człowieka, który jest na nie wrażliwy. I wtedy uwalnia się wszystko co złe i wszyscy się dziwią, no co on taki ej! A lista stresorów przez które dostajemy do głowy jest na prawdę długa i dla każdego inna. Ja na przykład zawsze uwalniam wewnętrzną, nieznośną bestię kiedy jest mi za gorąco i często kiedy jestem głodna. Wtedy, cytując siebie sprzed dwudziestu pięciu lat, „nerwy mnie bierzą!” i koniec. Książka i cały program Self-Reg ma pomóc dorosłym nauczyć dzieci radzenia sobie samodzielnie z emocjami poprzez zrozumienie co je u nich wywołuje. Dla dzieci są to nowe, nieznane tereny, ale patrząc na wielu dorosłych można odnieść wrażenie, że są tak samo zieloni w tym temacie. I powinni sami siebie troszeczkę samoporegulować zanim zabiorą się za dzieci.

Czy chcemy żeby nasze dzieci były pewne siebie, miały poczucie własnej wartości i odpowiednio wysoką samoocenę? Żeby same siebie lubiły? Pewnie, że chcemy! Tylko jak nauczyć tego dziecko, jeśli my sami nie jesteśmy pewni siebie, a nasza samoocena i poczucie wartości leżą i kwiczą. Dzieci patrzą i widzą nasze niezadowolenie przed lustrem, słyszą narzekania na nieudaczność, obserwują nasze reakcje na upadki i niepowodzenia. Jak mama mówi, że musi schudnąć to może i ja muszę? Skoro coś jej się nie udało i mówi, że do niczego się nie nadaje, to chyba tak to działa, skucha i do widzenia. I skoro takie ważne jest co ktoś tam gdzieś tam sobie o niej pomyślał i w kółko to przeżywa, to widać należy się tym wielce przejmować. Temperamentu sobie nie zmienimy, nie każdy się nadaje na wodzireja, nie każdy musi być przebojowy. Ale nad swoją wewnętrzną pewnością siebie warto się pochylić. I spojrzeć łaskawszym okiem na samego siebie. Tak żeby nasze dzieci widziały, że uważanie siebie za udany egzemplarz jest słuszne i potrzebne, że tak się dużo lepiej żyje. A to co czują, w co wierzą i co myślą jest ICH, i nikt nie wie tego lepiej.

Dlatego, między innymi, bycie rodzicem to wyzwanie. Kiedy uświadamiasz sobie jak istotne jest to co mówisz i robisz to można się aż przeląc, prywatny Truman Show na okrągło. No ale to wszystko w szczytnym celu wychowania najukochańszego człowieczka na szczęśliwego dorosłego z udanym życiem, więc chyba warto się starać. Warto dbać o swój, wzniośle mówiąc, rozwój emocjonalny bo to do nas wróci, ułatwiając nam kontakty z dziećmi i nie tylko. Wychowując dzieci wszyscy popełnimy mnóstwo błędów, wiadomo, ale jak zawsze: to, że nie można zrobić wszystkiego, to nie powód żeby nie robić nic. A żeby to wszystko było możliwe, to trzeba też po prostu zadbać o siebie, o swój komfort, odpoczynek, swoje sprawy. Czasem po prostu ty, dla ciebie, o tobie, żeby się chciało chcieć, żeby się nie wyczerpać, żeby mieć skąd brać siłę, zapał i radość. Skapcaniały rodzic to kiepski wzór i towarzysz w rozkminianiu życia dla dzieciaka.