Kiedyś namiętnie kupowałam ładne magazyny o gotowaniu i testowałam coraz to nowe przepisy. Czasem zbyt wymyślne, czasem zbyt czasochłonne żeby można je było przyrządzać na co dzień, kiedy po pracy w żołądku ssie bez litości. Ostatecznie receptury zaczęłam dzielić na te na co dzień i te kiedy mam ochotę i czas długo stać przy garach, i tych ostatnich w moim przepiśniku nie ma zbyt wielu. A kiedy odkryłam, że staję się niewolnikiem gazet rzucających mi z kuchennego stołu pełne wyrzutów spojrzenia postanowiłam zakończyć ten związek. Za dużo przepisów czekało na wieczne nieugotowanie, wprawiając mnie w niezadowolenie, za dużo tam było rzeczy na które zwyczajnie szkoda mi czasu – i treści i przepisów z czasem gotowania 3 i pół godziny. Z tamtych czasów pozostał mi jednak zeszyt pełen po starodawnemu wycinanych z gazet przepisów, które dały radę. Jednym z tych, który na stałe zagościł w naszej kuchni jest ten na spaghetti ze świeżymi pomidorami. Zapowiadał się na bardzo szybki w wykonaniu i aż mi ślinka ciekła, jak sobie wyobraziłam jego smak, więc plus i plus. I tak, już od dobrych kilku lat to moje ulubione letnie danie. Najlepiej smakuje właśnie wtedy kiedy jest gorąco a pomidory są w swojej szczytowej formie.

SKŁADNIKI

  • 20 dag makaronu spaghetti
  • mała czerwona cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • łyżka oliwy
  • skórka z 1 cytryny
  • łyżka octu z czerwonego wina
  • 2 łyżeczki cukru pudru
  • 30 dag pomidorów
  • kulka mozzarelli
  • świeża bazylia
  • odrobina chili

Makaron gotujemy al dente. Posiekaną cebulę, czosnek, oliwę, skórkę z cytryny, chili, ocet, cukier i pomidory pokrojone w kostkę ugniatamy tłuczkiem w misce. Można też zmiksować część pomidorów a część zgnieść. Dodajemy sól, pieprz. Odcedzony makaron wrzucamy do pomidorowej pulpy, dodajemy poszarpaną mozzarellę, posypujemy bazylią i podajemy natychmiast.

Zwykle używamy makaronu pełnoziarnistego, bo tak podpowiada rozsądek, tak więc według uznania, a który pyszniejszy to wiadomo 😉 W oryginale są szalotki, ale jako, że w „podręcznych” sklepach i tak nigdy ich nie ma a do tego kosztują kilka razy więcej, to używam czerwonej cebuli, której jestem wielką fanką. Pech chce, że tym razem „czerwoność” cebuli skończyła się na jej łupinach, a w środku była biała z lekką fioletową poświatą. Pomidorów nie obieram ze skóry z lenistwa, ale oczywiście można. Dla Poli robiłam wersję z sokiem z limonki zamiast octu i syropem daktylowym, i bez chili i soli, wiadomo. Jadła to z nami we wrześniu zeszłego roku kiedy zaczynaliśmy rozszerzanie diety – najpierw makaron, pomidory i mozzarellę osobno.

Minusem jest to, że strasznie się rozchlapuje, trudno zjeść to w pełni kulturalnie. No i na końcu w talerzu zostaje esencja pyszności, którą grzech zostawić. Trzeba albo namachać się łyżką albo zachować się prosiacznie i wychylić talerz jak my bo szkoda by było! Poli smakuje tak samo jak nam, nie ma co zbierać. Lato trwaj!