Kiedy wypuszczamy dziecko z rąk, z jednej strony strony pojawia się egoistyczne ukłucie zazdrości, irracjonalne, ale jednak. Że oto nie tylko ja potrafię je uspokoić i ukochać. Że beze mnie też jest jej dobrze. Że nie potrzebuje mnie w swojej orbicie 24h żeby być szczęśliwą. Bo miło jest być jedynym skutecznym ratunkiem, pocieszycielem, jakoś tak miło jak tylko tobie się to udaje. Taki się człowiek może poczuć wyjątkowy, że ta więź taka szczególna, nikt inny tak nie umie, nie może. Miło mieć taką pewność relacji, w której jest się wszystkim. Ale czy to, że potrafi dobrze się czuć w towarzystwie innych musi koniecznie tę relację umniejszać? Może po prostu w jej świecie i serduszku jest miejsce na więcej, pod piedestałem, na którym stoi mama jest jeszcze mnóstwo przestrzeni. I to, że zaśnie bez ciebie nie znaczy, że nie jesteś najważniejsza i najpotrzebniejsza. Sama besztam się gdy pojawia się w mojej głowie taka myśl, bo ostatecznie to przecież dobrze i dla niej i dla mnie, wszak to właśnie zdrowo. Tak naprawdę nie rozstajemy się często, nie rozstajemy się na długo. Kiedy była malutka i karmiona piersią to tym bardziej, siłą rzeczy, rzadko i krótko bywałyśmy osobno.  Ale człowiek głupi jest, no głupi i ma takie różne chwile słabości. A przecież cieszę się, że mogę wyjść wieczorem na lodowisko i nie muszę trwać na posterunku non stop, bo nikt inny sobie nie poradzi. Jej świat jest za to bogatszy o coraz bliższe relacje z innymi ludźmi.

Bo z drugiej strony chcemy wychować dzieci na samodzielnych dorosłych. Na pewnych siebie, odważnych i niezależnych. Zaszczepianie tego wszystkiego może być procesem bolesnym. No ale nie staną się takie magicznie, wraz ze zdaniem matury albo osiemnastymi urodzinami. Nie można tego wtedy nagle oczekiwać. Ta samodzielność i niezależność, wewnętrzna, buduje się małymi krokami od dzieciństwa. To się ćwiczy i kiedyś trzeba zacząć. Kiedy jest całkiem małe to nauka bardziej dla ciebie, bo ono jeszcze nic nie wie, ale ty od początku musisz się zmierzyć z tym, że od dnia urodzenia będzie to już podróż tylko w jedna stronę. I twoim zadaniem jest pozwolić mu żyć i niestety powolutku wypuszczać z rąk, chociaż ciężko się z tym czasem pogodzić.

Ta niezależność i samodzielność bierze się nie tylko z nie zaduszania dziecka w ciągłym, zbyt mocnym uścisku matczynej miłości. Bierze się z prób i błędów, upadków, sukcesów, porażek, pomyłek. Kiedy za wszelką cenę chcesz dzieci przed tym chronić zabierasz im szansę na rozwój. Na nauczenie się odpowiedzialności za siebie. Ono ćwiczy umiejętności, a ty ćwiczysz nie ingerowanie kiedy nie trzeba. Przecież ja się za nią nie nauczę siadać, chodzić, wycinać nożyczkami ani pisać. Podam, przyniosę, żebyś czasem się nie zmęczył, nie zdenerwował, potrzymam bo się uderzysz. Zrobię za ciebie, bo będzie lepiej, szybciej, ładniej, z resztą, co się będziesz męczył. Ja wiem, że to czasem wygodnie, od „czasem” świat się nie kończy. Ale „czasem” lubi zamienić się w „zawsze”. I potem ciężko to zmienić. Ciężko potem oczekiwać wtedy kiedy nam wygodnie tego, czego dziecko nie miało szansy się nauczyć – niech tylko ja będę twoim zbawieniem, aaale nie dzisiaj, bo dzisiaj to ja chciałam do kina i na weekend wyjechać więc sorry, ale mnie nie ma, weź se radź, chociaż palcem do dupy nie umiesz trafić, bo nie miałaś okazji się nauczyć.

 

Dla co wrażliwszych może to brzmieć drastycznie, wiem. Ale nikt nie mówi że mamy spokojnie patrzeć jak dziecko pije domestosa albo wbiega na ulice. Chodzi o przestawienie sobie w głowie tej zakładki, odpowiedzialnej za automatyczne chronienie dziecka przed wszystkim, nawet kiedy nie trzeba, bezrefleksyjnie. Czy to upadkiem, czy wysiłkiem i trudnościami.  Kaliber błędów się oczywiście zwiększa, trzylatek który sobie obetnie grzywkę to nie to samo co 16 latka która może sobie poważnie narobić w papiery. Tylko że włosy odrosną, a nastolatka i tak zrobi co zechce, już nie masz na to wpływu. Pozostaje liczyć na to, że czegoś zdążyła się nauczyć w międzyczasie. To niestety codzienna praca, nad sobą i ze sobą, nad swoimi założeniami i przekonaniami. Z każdym rokiem coraz trudniejsza bo coraz mniej jest czasu który spędzamy razem, coraz bardziej trzeba ufać innym ludziom, którzy będą otaczać nasze dzieci i coraz więcej będzie zależeć tylko od nich, wtedy kiedy nas z nimi nie ma. Robi mi się ciężkawo kiedy o tym myślę. I taka właśnie jest trudność w posiadaniu dzieci – nieustająca potrzeba refleksji nad sobą i swoim podejściem do nich i życia w ogóle.

*TU