„Nowa” matka MUSI być, jak wiadomo, niewyspana i wyczerpana. I, jak również wiadomo, nie ma czasu na jedzenie, picie i sikanie a co dopiero na takie zbytki jak prysznic i mycie włosów. O dalszych wycieczkach kosmetyczno-higieniczno-wyglądowych nawet nie warto wspominać. Czyli, summa summarum, mama malutkiego dziecka jest skazana na trafienie do kategorii „kobieta zapuszczona”. Kiedy według obiegowych opinii będzie się mogła z niej wygrzebać nie wiadomo, może i z dekadę tam posiedzi. Ale jak tak patrzę dookoła i trochę dalej to nie wiem gdzie są te wszystkie zaniedbane nowe mamy? Nie wiem, może ja mam niskie standardy, to nie widzę tego co widzą inni. Po pierwsze, jeśli widzę obcą, zapuszczoną w moim odczuciu kobietę z małym dzieckiem, to skąd ja mogę wiedzieć czy ona się zmieniła dlatego, że ma dziecko? Może zawsze taka była i dziecko czy nie dziecko nie ma tu nic do rzeczy. A po drugie dla każdego dbanie o siebie może znaczyć co innego, ludzie mają różne standardy gwarantujące im dobre samopoczucie na swój temat. Więc kto tu będzie decydował, czy jakaś ona jest zaniedbana czy nie?

Mi akurat chce się na co dzień malować, bo lubię i lubię nie być różowiutka jak prosiaczek i nie mieć rzęs skierowanych do dołu, jakby grawitacja działała na nie ze szczególną mocą. I uczesać się trochę bardziej też lubię; niestety kiedy Pola była całkiem malutka to moje umiejętności plecenia warkoczy były żadne, więc kok był musowy. Jakoś tak mam poczucie, że zaczynam dzień jak się oporządzę w ten sposób. Czas nie jest niestety jednak z gumy, więc na wszystko co robiłam dla siebie przed dzieckiem teraz go nie wystarczy. Moje włosy już nie dostają spa treatmentu jak kiedyś, olejowania, odczekiwania, nakładania trzech odżywek po kolei, znowu odczekiwania, dokładnego suszenia i jeszcze pierdnięcia w oponki. Mogłabym, mogłabym gimnastykować się bardziej z czasem i energią, ale po prostu aż tak mi nie zależy. Wybieram poświęcić na ogarnięcie włosów mniej czasu i dobre to mam. Na wszystko życia nie starczy, dopóki dziecko jest małe i czas, w którym zajmuje się samo sobą jest krótszy niż dłuższy, a jest tylko pod nasza opieką.

Na spacer z psem po osiedlu od zawsze chodzę w dresie. A na spacer po osiedlu z Polą to już różnie, bo czasem w dresie, a czasem bardziej jakbym szła na występy. A jak idę z psem i z Polą jednocześnie, to już sama nie wiem, który strój przywdziać, żeby nie było, że dziecko małe ma i pacz jaka lujara. Tak naprawdę zwykle wygrywa wygoda i lenistwo, co się będę wygłupiać i jeansy ubierać do przedzierania się przez knieje i zbierania kupy do worka, very glamourous not. No i umówmy się: są dresy i są dresy. W bloku obok mieszka dziewczyna z dzieckiem na oko dwumiesięcznym i jeszcze jej nie widziałam inaczej niż na sportowo. Ale tak wiecie, jakby kupowała tylko na dziale odzież sportowa w TKMaxie, ubrania typu premium sport deluxe. Może jest z zawodu Chodakowską, nie wiem. Ale zawsze wygląda jak ta lala, w gaciach ze spandexu i sportowych laczkach nic jej nie brakuje. Z małym dzieckiem wygodniej jest bez obcasów i w spodniach, proste, jest to strój bardziej wyczynowy i łatwiej w nim złożyć wózek jedną ręką i wsadzić sobie dziecko na barana. Z dzieckiem więcej jest okazji do ubrania się wygodnie niż do odpicowania, dlatego ja korzystam z każdej nadarzającej się i zawsze chętnie się odsztafiruję kiedy okoliczności sprzyjają, a na co dzień wybieram po prostu niemęczenie się. Może jestem w grupie mniej wymagających względem kobiecej prezencji. Kiedy przybijam face palmy widząc co wyprawia się w programie, który winien nosić tytuł „Biedni i bogaci” to stwierdzam, że chyba jednak bliżej mi do wieśniaczki niż damy. (Tak, tak, mam telewizor i nawet go używam.)

Opiekowanie się małym dzieckiem to nie są jakieś tam kanapeczki, ciężko przejmować się wtedy rzeczami typu przeparadowanie przez pół miasta z otwartym rozporkiem. Ale tak serio, przejmował cię ten rozporek wcześniej? Bo mnie ostatnio jak miałam 18 lat. Z wiekiem poziom „obciachu” się drastycznie obniża – pamiętam zdziwienie mojej pani z rysunku, że jej młodsza, bodaj 12 letnia wtedy siostra wstydzi się zbierać mlecze dla królika przed blokiem. Ale szybko zreflektowałyśmy, że my zdecydowanie nie miałybyśmy odwagi paradować w kolorowych kapeluszach jak jej osiemdziesięcioletnia sąsiadka. Jakkolwiek patetycznie to brzmi, to po drodze odkrywamy, że otwarty rozporek jest na szarym końcu listy spraw ważnych, tak jak i ewentualne reakcje obcych ludzi.

Jak się komuś nie chce, nie ma siły a czas drzemek woli przeznaczyć na cokolwiek innego niż dbanie o swój wygląd, to niech i tak będzie. Dbanie o siebie niejedno ma imię, zawsze można czytać wtedy książkę, albo ćwiczyć albo zgłębiać tajniki kuchni pięciu przemian i nie zaprzątać sobie specjalnie głowy wyglądem. Srać na to wszystko, bo taką się ma ochotę. Może nawet i zawsze tak było, skąd wiemy? Czy takiej matce jest z tego powodu źle? Jeśli jest, to koniecznie powinna coś z tym zrobić. A jeśli nie to co i komu ma udowadniać? Chyba tylko osobisty chłop może złożyć zażalenie, a nie postronni obserwatorzy. A że część z nich sobie coś tam pomyśli? No pomyśli, pomyśli. Trudno, tak to już z ludźmi jest, że patrzą i oceniają, jedyną radą jest mieć to w dupie, co też gorąco polecam. A na pytanie jak osiągnąć balans między zapuszczeniem a wymaganiami dziecka to już każda z nas musi sobie w serduszku odpowiedzieć. Jednej rady dla wszystkich nie ma, nie każdemu potrzeba trzy razy w tygodniu kąpieli w musujących kulach albo podkręconych rzęs. Najważniejsze, żeby układ zadowalał nas, a nie resztę świata.