„Krzyś opuszcza Stumilowy Las, żeby pójść do szkoły. Opuszcza swoje dzieciństwo. Na pierwszy rzut oka koniec Chatki Kubusia Puchatka jest (…) destrukcyjny. Z wyjątkiem tego, że wcale nie jest, bo Krzyś zrozumiał najważniejszą rzecz, jaką należy zapamiętać, jeśli się chce powrócić do zaczarowanego miejsca: najpierw trzeba nie robić NIC. A jeśli i dorośli nauczą się, jak to robić, zrozumieją, że też mogą się tam udać.”*

To brzmi jak bardzo trudna lekcja do odrobienia dla dorosłych. Większość z nas przestała trenować robienie NIC i przehandlowała to na ciągłe-robienie-czegoś. Wrzucanie patyków do wody i patrzenie czy wypłyną spod mostu jest bardzo przyjemne, ale tego na maturze nie będzie, do cv też sobie nie wpiszesz. Umieścić w sekcji zainteresowania: siedzenie i nic nie robienie to już nawet nie brawura, to szaleństwo. Nikogo nie zainteresujesz swoją biernością i umiejętnością kontemplacji nie-wiadomo-czego. Nie szukają kandydata na stanowisko „Dziadek siedzący na ławce robiąc nic, przed chałupą, w Polsce z końca alfabetu, gdzie ludzie mają czas na takie bzdury”. Tu jest nowy świat, potrzebny jest nowy człowiek, tutaj trzeba działać, działać!

A w życiu poza-pracowym niebezpiecznie podobnie. Zawsze jest coś do zrobienia. Zawsze. Niekończąca się parada obowiązków. Ciągle coś. It never ends, this shit. Rzeczy, które trzeba, warto, powinno, chce się zrobić. Robisz, łykasz sprawę za sprawą, przeżuwasz, prawie się dławisz, a tu nie ubywa, jak mięsa z podłej stołówki które tylko rośnie w gębie z każdym zaciśnięciem zębów. Rzeczy do zrobienia piętrzą się i kumulują kiedy nikt nie patrzy, nie potrzebują do tego pańskiego oka. Nie znikają, nie załatwiają się magicznie same. Jeśli umiesz z części zrezygnować i odpuścić, pogodzić się z tym, że będą niezrobione i to olać to fajnie. Jak nie umiesz to twoje nic nie robienie będzie można o kant dupy rozbić. Bo do nie robienia NICZEGO trzeba zaangażować przede wszystkim pustą głowę. A o to jak wiemy bardzo trudno. Zwłaszcza jeśli masz przepełnioną myślami chmurę która non stop wisi nad twoją głową, czyli prawdopodobnie jeśli jesteś kobietą.

Nic-nie-robienie zwykle ciągnie za sobą u mnie natrętne myśli o tym czego nie robię, a mogłabym albo powinnam zrobić. Od kiedy jest z nami Pola, to nauczyłam się rugować te myśli, tak żeby nasz wspólny czas nie był skażony moją buzującą głową. Mało to u mnie spontaniczne, niby jestem z Polą cały dzień, ale wyznaczam sobie w głowie czas, który poświęcę tylko jej. I wtedy zakładam, że teraz idę do Polci posiedzieć i jestem gotowa robić NIC, tylko reagować na jej inicjatywy; czasem po prostu być obok, na prawdę nie robiąc nic. I jest to całkiem przyjemne. A resztę robię później, według planu, no i często dogania mnie rzeczywistość i już jest jeb, jeb, jeb, jedno, za drugim, za trzecim. Gdybym nie planowała swojego czasu na nic-nie-robienie z Polą to zawsze znalazłoby się coś do odhaczenia, jakieś wielce produktywne zajęcie, arcypilne i niecierpiące zwłoki.

Dorośli mogą nauczyć się jak robić wiele różnych rzeczy, ale nauczyć się robić NIC to jak dostać złoty medal za akrobacje ze wstążką, kiedy zamiast mieć 16 lat i 40 kilo wagi, ma się trzy razy tyle, jednego i drugiego, a do tego wąsa i poczucie, że to dla frajerów. Czyli bardzo trudno. Ciężko jest odpuścić, just let it gooo, let it go i leżeć na kocu pół dnia. Nawet jeśli przełkniesz już gorzką pigułkę dezorganizacji i nieefektywności albo należysz do szczęśliwców, którzy nie zaprzątają sobie głowy takimi pojęciami to w nie robieniu NICZEGO jest jeszcze jeden problem. Szczerze, jak komu dobremu, powiedz czy potrafisz tak sobie po prostu pobyć, bez telefonu/gazety/książki/piwa/stymulującej rozmowy/innego czaso-umilacza, który zajmuje czas i głowę. Tak sobie posiedzieć na ganku, pogrzebać nogą w piachu. Nuda, nic się nie dzieje proszę pana, nic.

Z pozycji zramolałego dziada, zawiedzionego deczko tym dokąd zmierza świat, pytam: Czy dzieci to jeszcze potrafią? Czy i dla nich to staje się już nieaktualne? Czy nie jest tak, że każde kolejne pokolenie traci tę umiejętność coraz szybciej i bardziej? Z jednej strony zalewane nadmiarem rzeczy, bodźców, obrazów, hałasu czyniących nudę konceptem zupełnie nieznanym. A z drugiej rozwój, zajęcia, obowiązki, presja, wyniki i werbowanie do świata gardzącego bezproduktywnością zanim będą potrafiły wypowiedzieć to słowo bez zająknięcia. Tak jakby wieczne stymulowanie i działanie były niezbędne bo taki jest świat. Który to świat jest jaki jest bo, kończąc patetycznie ten patetyczny paragraf, „(…) takim ten świat uczyniliśmy. Takim uczyniłem go ja.”**

Ja jestem człowiek-kajet, na wszystko lubię mieć kwity, ale cały czas trenuję swoją elastyczność i wzruszanie ramionami i jestem blisko zadowalającego mnie kompromisu. Nie jestem wolnym, spontanicznym duchem, który potrafi żyć prześlizgując się po rzeczywistości na bosaka. Ja mam takie bardziej betonowe buty (nie mylić z betonową głową). Swoje nic-nie-robienie muszę zaplanować. Ale i bez tego potrafię dbać o stały kontakt z bazą w zaczarowanym świecie. Mój kalendarz i pamięć podręczna nie przeszkadzają mi lubować się w zachowywaniu się niepoważnie i głupkowato. W pielęgnowaniu mojego wewnętrznego dziecka. A już zwłaszcza od kiedy mam Polę do towarzystwa. Dzieci na okrągło dają nam szansę, żeby rozstać się z poważną i zwyczajną dorosłością i trzymając je za rączkę powędrować do zaczarowanego miejsca. Wystarczy się temu poddać. Dopóki jeszcze ktoś nas tam zaprasza.

I może i nie poważnieję z wiekiem, ale na pewno się nostalgizuję, bo taka refleksja zwilża mi oczy.

 

 

* Zabijcie mnie, ale nie wiem skąd pochodzi ten fragment. Przepisałam go skądś do swojego kajetu (wiadomo) i teraz szukaj wiatru w polu.

** Samiuśka końcówka, 1:53:15