„Leniwe rodzicielstwo” brzmi mocno tak sobie. Bardziej jak synonim „kiepskiego rodzicielstwa” niż coś godnego uwagi, wartego więcej niż funt kłaków. „Leniwe” kojarzy się źle. No chyba, że z kluskami. Lenistwo to coś co ewentualnie można mieć na chwilę, jak się wcześniej na to zasłuży i wtedy może zostać wybaczone. Chociaż nie zawsze i nie przez wszystkich. Jak leniwy to bez ambicji, bez samokontroli, bez silnej woli, nic nie osiągnie, donikąd nie dojdzie, marnowanie czasu, wstyd, gańba i grzech. I jak tu chcieć należeć do klubu leniwych rodziców?

Wygląda na to, że to oficjalna nazwa kolejnej opisanej ścieżki rodzicielstwa – wszak jest i książka o tym tytule. Nazwa może i niefortunna, a na pewno myląca bo „lazy parenting” z byciem leniwym ma niewiele wspólnego. Czasem jest wręcz odwrotnie. Tak na prawdę leniwe rodzicielstwo często wymaga poświęcenia czasu, czasem trzeba włożyć w nie wysiłek intelektualno-emocjonalny, i trzeba też włożyć sporo pracy nad sobą. Ale to nie są jakieś wielce rewolucyjne myśli i metody, jak się chwilę zastanowić, to leniwe rodzicielstwo wydaje się być bardzo logiczne w swoich wyborach i sposobie postępowania z dziećmi. Zatem jak zostać leniwym rodzicem? Ja próbuję tak:

1 Nie zarządzam całym czasem Poli. Ma czas na samodzielna zabawę i robienie tego co ją akurat w danej chwili interesuje. Od kiedy nauczyła się przewracać na brzuch i leżąc sięgać po zabawki to nie towarzyszę jej we wszystkich chwilach z zabawą, bo świetnie radzi sobie sama. W pokoju w zasięgu ręki ma wszystkie książki, kilka większych zabawek i kosze z drobnicą i potrafi naprawdę długo sobie szpącić w samotności, zwłaszcza wertując książki. Kiedy potrzebuje czegoś poza swoim zasięgiem albo pomocy to do mnie przychodzi, no chyba że akurat wpadła do pudła z lego i nie umie wyjść, to tylko woła o ratunek. Mamy swój wspólny czas na zabawę, na czytanie razem, czas, który poświęcam tylko jej. Ale dzień jest długi i zabawy samodzielnej jest kilka razy więcej, a ja wtedy mam czas na domowe obowiązki bez asysty albo na poczytanie książki i zjedzenie śniadania.

2 Nie zarządzam wszystkimi zabawami Poli, bo zabawa bez struktur jest potrzebna i rozwijająca. Jasne, buduję jej scenerie z Duplo, pokazuję jak obsługiwać sorter i robię kilka babek w piaskownicy, bo ona nie wie tych rzeczy, jeszcze ich nie umie. Ale nie jestem wodzirejem przez całe 40 minut, które spędza w piasku i nie prowadzę ciągłej narracji. A ona się wcale nie nudzi tylko bada sobie piasek, grabki, foremki, ładuje i wysypuje, przerywa, żeby popatrzeć na pieska, na panią, posłuchać jak pan kosiarkę włącza, nic nie tworzy, niby nic nie robi ale właśnie o to chodzi, że robi. Bada sobie świat po swojemu, ma czas na samodzielne ogarnianie jak to wszystko działa, na refleksję, że kopanie dziury miniaturowym plastikowym znakiem drogowym NIE JEST najskuteczniejszym sposobem. A ja sobie wtedy leniwie rozmyślam o rożnych rzeczach albo uwaga, czytam wiadomości w telefonie.

3 Nie nadzoruję każdego kroku. Pozwalając jej samodzielnie eksplorować świat godzę się z tym, że się przewróci, spadnie, uderzy. Pilnuję jej kiedy jest realne zagrożenie, takie jak strome schody z których na pewno spadnie, ale nie takie jak chodnik, mniej lub bardziej wyboisty, na którym może się przewróci a może nie. Czasem się przewraca, taki jest los. Ale przez większość czasu ciśnie dziarsko przed siebie. Jak inaczej ogarnie to jak funkcjonuje jej ciało, grawitacja i prawa fizyki, których nie umiem nazwać? Jak nauczy się kontrolować swoje ruchy? Jak raz sama się uderzy w barierkę, to będzie wiedzieć, że trzeba schylić głowę, żeby się nie uderzyć. Jeśli ja będę robić to za nią to czego się nauczy? Pokazywaliśmy jej jak schodzić z kanapy, a wchodzić nauczyła się sama i doskonale wie jak to się robi. A teraz czasem i tak spadnie, bo zamiast kanapy trzyma się poduszki, która leci razem z nią; bo tego jeszcze nie wiedziała, że nie wszystko jest tak samo stabilne. Nie mogę i nie chcę wisieć nad nią cały czas.

4 Kiedy razem się bawimy, kiedy jesteśmy w tym samym pomieszczeniu, kiedy jesteśmy na dworze – towarzyszę, ale nie reaguję cały czas. Daję jej czas, żeby sama popróbowała, sama poszukała rozwiązań, sama sprawdziła czy coś się da czy nie. Może uda się dopiero za dziesiątym razem, może wcale się nie uda, może się zezłości. Może okaże się, że od dzisiaj już lubi się kręcić na karuzeli i jeść maliny. Nie muszę w tych wszystkich sprawach decydować za nią, pomagać zanim o to poprosi, zabierać jej szansę na zrobienie czegoś samodzielnie.

5 Daję jej przestrzeń. Tam gdzie mogę. Tam gdzie się da, daję jej przestrzeń do bezpiecznego samodzielnego użytkowania. Przygotowaliśmy całe mieszkanie tak, żeby mogła sobie po nim wędrować bez nadzoru. Mamy blokady na wszystkie szafki z zawartością bardziej złożoną niż ręczniki i bielizna. Nie mamy rzeczy, które mogłaby przewrócić sobie na głowę, nie mamy roślin doniczkowych, nie mamy stolika kawowego z ostrymi krawędziami a stół w kuchni jest okrągły. Usunęliśmy wszystkie dekoracje, którymi mogła się uszkodzić, co mogło to powędrowało w wyższe rejony, zaślepiliśmy większość kontaktów, przearanżowaliśmy łazienkę tak, że ma dostęp tylko do kosza z brudami, wiadra i ścierek do kurzu. I dzięki temu nie muszę i nie musiałam nigdy chodzić za nią i pilnować, żeby sobie nie zrobiła krzywdy i żeby nie narobiła wielkiego marasu. A wszystko jest interesujące, rączki zaciskają się na gałce przy szafce i gdyby nie blokada, to już by był kipisz. I ja nie mogłabym w spokoju ducha przebywać w innym pomieszczeniu. Po wyjściu z domu jest gorzej. Niestety ludzie to świnie, i chodniki pełne są petów, pomniejszych śmieci a trawa obok pełna jest psich kup, bo ludzie nagminnie ich nie zbierają, więc na początku co chwilę musiałam wyrywać zasyfiałe zdobycze z rączek Poli. To jak wygodnie jest z małą u nas w mieszkaniu widzę wyraźnie kiedy muszę się nią zajmować w innym domu – u babci albo znajomych. Tam trzeba jej prawie cały czas pilnować i to jest bardzo wyczerpujące, bo na każdym kroku czyha coś co może zaszkodzić jej albo coś czemu zaszkodzić może ona.

6 Ograniczam mówienie „nie”. Głównie przez ograniczanie sytuacji w których muszę powiedzieć „nie”. „Nie” jest wygodne tylko jeśli chcesz używać argumentu nie, bo nie, bo ja tak mówię etc. Inaczej naprawdę łatwiej i wygodniej jest ograniczyć „nie” tylko do rzeczy ważnych. Ostatnio na placu zabaw dziewczynka w sandałach i skarpetkach weszła do piaskownicy. I zaczęła te sandały rozpinać. A babcia mówi „nie zdejmuj butów, słyszysz, nie zdejmuj butów, będziesz mieć mokre skarpetki, od piasku”. Mała oczywiście buty i tak zdjęła. Było 30 stopni i zastanawiałam się, czy kompromisem nie byłoby zdjęcie i butów i skarpetek? Czy nie wygraliby na tym wszyscy? Czy to „nie” było tak naprawdę konieczne? Zanim powiem nie, to zastanawiam się czy coś naprawdę jest problemem i dlaczego, czy naprawdę jest konieczne, żeby tego czegoś nie robiła. Czy NAPRAWDĘ muszę powiedzieć nie, czy NAPRAWDĘ mi to przeszkadza? Wolałabym na przykład, żeby Pola nie rozchlapywała psiej wody, bo nie musiałabym tego potem wycierać. Ale rozumiem, że ją ta woda fascynuje, ręce i kafelki można wytrzeć, nawet mokre gacie nie tak trudno zmienić. Pochlapała kilka razy i straciła zainteresowanie. Gdybym powtarzała, że nie wolno efekt byłby taki sam. No chyba, że stałabym przy tej wodzie jak Cerber, ale jakoś mi się to nie uśmiecha. A kiedy już muszę powiedzieć „nie”, to staram się ze wszystkich sił zamiast mówić „nie”, mówić „tak”. „Chodźmy tędy, tu gdzie są schody” zamiast „Nie, tamtędy nie, tam nie idziemy”. Bo ludzie na „nie” reagują oporem. To wymaga dużo wysiłku, bo wszyscy jesteśmy jak pies Pawłowa, z automatu nie i nie. Ja ćwiczę to z Polą od samego początku bo pozbyć się przyzwyczajenia jest bardzo trudno, łatwiej nauczyć niż oduczyć. Z reguły współpraca nam się układa i żyje się nam dużo przyjemniej.

7 Nie wyręczam dziecka przy każdej okazji. Jeśli potrafi coś zrobić samo to powinno to robić, jeśli nie potrafi to powinno próbować, z większą albo mniejszą pomocą, raz albo pięć razy. Choćby kaprawo i ułomnie. Tak jak z metodą BLW, która idealnie pasuje do leniwego rodzicielstwa, dziecko samo decyduje, samo próbuje a rodzic zupełnie nieleniwie sprząta powstały bałagan. Nie zmuszam jej do próbowania w nieskończoność aż coś opanuje – po prostu daję jej możliwość, żeby spróbowała sama. Jeśli nie jest gotowa, jeśli sobie nie radzi to jej pomagam. Nie zawsze jest czas na naukę zapinania kurtki, czasem trzeba wyjść natychmiast i przejąć inicjatywę. Ale jeśli przejmujemy ją za każdym razem, to dziecko skazujemy na nieporadność a siebie na niekończące się obowiązki bo przecież „dziecko nie umie”.

Czemu to wszystko służy, czego to uczy?

Rozwija kompetencje dziecka, jego poczucie sprawczości, pewność siebie, wiarę we własne możliwości i umiejętności.

Daje okazję do nauki rozwiązywania problemów, zrozumienia własnych potrzeb, odkrywania tego co je interesuje i rozwijania krytycznego myślenia.

A tego wszystkiego właśnie chcę dla swojego dziecka. Niczego nie życzę jej tak bardzo jak umiejętność krytycznego myślenia. Choć wiem, że nie raz ugryzie mnie to w dupę.

Zamiast tego dzieci mogą przyswajać sobie wiarę w to, że niewiele umieją i że sobie nie poradzą. Że inni wiedzą lepiej jakie są ich możliwości i zainteresowania. Nie mając szansy próbowania i popełniania błędów niczego się nie uczą. I po co, po co to wszystko? Nie zawsze będziemy obok, rzeczywistość w końcu je dogoni i może to nie być przyjemne spotkanie.

 

Czasem „leniwe rodzicielstwo” wymaga dużego zaangażowania, tylko że nie takiego bezpośredniego. Zamiast powiedzieć „a zrobię za ciebie” i mieć szybko spokój, to obserwujesz w pogotowiu jak robi to dziecko. 10 razy dłużej i sromotniej ale samo. A czasem takie podejście daje ci czas i wolność. To nie jest tak, że leniwe rodzicielstwo jest be, bo jakiejś pani się nie chce wyciągać dzieciom rzeczy do malowania, bo będzie musiała sprzątać. To jest jego odwrotność i lenistwo. Lenistwo, bo nie chce jej się sprzątać (co oczywiście czasem jest ludzkim pragnieniem no i trudno) a odwrotność bo zakłada, że dzieci nie potrafią uczestniczyć w sprzątaniu więc nigdy nie robią tego z nią i zawsze jest to tylko jej bania. I zamiast tego organizuje im czas według swojego uznania, one są niekoniecznie zadowolone i dupa blada.

Dzieci potrzebują naszej obecności, bezpośredniego zaangażowania, spędzania z nimi czasu. Ale nie całego ich czasu. Dzieci potrzebują, żeby pokazywać im świat ale nie potrzebują wypełnionego od rana do nocy grafiku. Dzieci potrzebują naszej opieki i potrzebują też uczyć się samodzielności. I non stop trzeba te proporcje przedefiniowywać, bo dziecko się zmienia i żaden układ nie może trwać wiecznie.

P.S. Tyle tych parentingów teraz, ja już się gubię w nomenklaturze. Może jednak moim celem nie jest „lazy parenting” tylko „lighthouse parenting”? Brzmi o niebo lepiej i wszystko się jakby zgadza. Ale te samozwańcze style i ich definicje są na tyle płynne, że chyba nie ma się co do nich zbytnio przywiązywać…