Jeżeli chcemy i możemy poświęcić na gotowanie czas przypadający na drzemkę malucha to problem co z nim zrobić w trakcie rozwiązuje się sam. Ale jeśli takiej możliwości nie ma, albo, co bardziej prawdopodobne, nie w smak nam „zmarnować” cenny czas drzemania na gotowanie, to problem jednak się pojawia. Całkiem małe dziecko z reguły dużo śpi, więc trochę mniej szkoda tego czasu na gotowanie, bo i na inne rzeczy też się znajdzie. Ale im starsze tym mniej drzemania i staje się ono coraz cenniejsze. Z drugiej strony dziecko się zmienia, więcej może i kuma i dochodzą nowe sposoby, żeby nie umierało z nudów i nie było jęczybułą kiedy walczymy w kuchni.

Pierwsze plusminus sześć miesięcy – dopóki nie siedzi, ale też i nie ucieka

  • Chusta  – dopóki jest małe i chce tam siedzieć, a nawet spać pomimo dźwięków i chaotycznych ruchów, to można zrobić baaardzo dużo. Kiedyś udało mi się zrobić praktycznie cały obiad z Polą w chuście i jeszcze przy tym zasnęła. Można myć, kroić, mierzyć, mieszać, nalewać, miksować. Gotować polecam na tylnych palnikach, tym sposobem zachowujemy dystans między dzieckiem a gorącymi garnkami; czasem łatwo zapomnieć, że z dzieckiem w chuście jest nas z przodu trochę więcej. Oczywiście trzeba być przy tym wszystkim super-duper ostrożnym, mnie udało się nie uszkodzić małej w żaden sposób.
  • Fotelik samochodowy postawiony na stole. Kiedy była grubsza afera i znudzenie, na 15 minut, żeby coś dokończyć i mieć ją na wysokości oczu i móc wchodzić w interakcje, żeby niezadowolenie nie eskalowało. Jako, że Pola mało jeździ samochodem, w ogóle nie używaliśmy fotelika jako wózka i nie używaliśmy leżaczka to pozwalałam sobie czasem na taki luksus. Ten środek wymaga samodyscypliny, żeby trwało to krótko, piętnaście minut a nie godzina piętnaście, i raz na jakiś czas, a nie co drugi dzień. Bo ostatecznie nie jesteśmy w samochodzie i priorytetem nie jest zapewnienie bezpieczeństwa tylko to co dobre dla kręgosłupa i całego ciałka.
  • Mata edukacyjna albo kilka puzzli piankowych plus zabawki. Odsuwałam stół i między nim a kredensem powstawał chwilowo kącik dla Poli. Oczywiście najlepiej było wcześniej pamiętać, żeby wyjąć z kredensu wszystko co potrzebne, żeby nie musieć gmerać tam potem. Dopóki nie potrafiła stamtąd uciec działało bardzo dobrze, leżała, turlała się i bawiła. Czasem trzeba było urozmaicić jej pobyt na kuchennej wyspie i oprócz gotowania robić też za artystę wodzireja. Ale to akurat robi się z małymi dziećmi często, przy każdej okazji 😉

Mata przestała mieć sens kiedy zaczęła się czołgać bo i tak z niej zaraz uciekała, i cala podłoga jej. Próbowałam nawet odgrodzić kuchnię, żeby sobie była tam w zasięgu mojego wzroku, a bardziej ja w zasięgu jej, i tam się bawiła. Niestety odpowiedzią było zdecydowane nie, więc nie pozostało nic innego jak tylko uważać i patrzeć pod nogi. Pałętanie się pod nogami ćwiczyliśmy z psem, który ZAWSZE jest tam gdzie akurat nie trzeba. Co prawda przez niego ostatecznie można przejść jak taran a on nie zauważy, bo ma łeb z tytanu, no ale powiedzmy, że trening był.

Od kiedy samo siedzi i raczkuje do czasu kiedy będzie mogło się do czegoś naprawdę przydać 😉

  • Krzesełko przy stole
  1. Zabawki. Jako że może mieć miejsce etap fascynacji tym jak wszystko „spada”, to fajnie mieć coś na przyssawce albo coś co można chociaż przywiązać do poręczy, żeby nie schylać się co chwilę, bo mija się to z celem. U nas swego czasu furorę robił pokrowiec na telefon i poranne telefony, co tam słychać na nowojorskiej giełdzie i u Chińczyków i jej osobista bambusowa trzepaczka. No i małe książeczki i inne w miarę miękkie zabawki, żeby nie obiła całej farby z krzesełka. Od około roku dają radę też pierwsze układanki drewniane, drobne akcesoria kuchenne i klocki.
  2. Jedzenie. Ja zaczynałam robić obiad kiedy Pola jadła drugie śniadanie więc przez jakąś chwilę była zajęta. Potem rozjechały nam się godziny, upał wymusił spacerowanie rano a ona zaczęła jeść tak szybko, że i tak prawie nic nie zdążę zrobić.
  3. Rysowanie. Kredkami zaczęłyśmy „rysować” kilka dni po pierwszych urodzinach, wcześniej pewnie lepiej sprawdzą się farby do malowania rączkami. Z farbami jest jednak taki problem, że brudzą i mnie, wtedy kiedy trzeba zmienić kartkę, dołożyć farby, wymienić wodę. Więc nie dość, że trzeba się co chwilę odrywać od swojego zajęcia, to jeszcze potem umyć.
  • Mieliśmy w kuchni pod stołem pudełko ze skarbami w którym sobie grzebała i rządziła. Jakbym miała większą kuchnię to może i mogłaby mieć swoją szafkę, ale metraż mamy mniejszy niż średni krajowy więc musieliśmy pozostać przy pudełku. Najlepiej byłoby wymieniać asortyment co kilka dni, ale przyznam, że nie posiadam tylu bezpiecznych kuchennych przedmiotów. Drugie pudełko mamy ciągle w łazience i tam też chętnie gmera, czasem nawet wtedy kiedy mnie tam nie ma.
  • Magnesy na lodówce. Odrywanie, przyklejanie, próby przyklejania do szafek, wkładanie do kaloryfera, roznoszenie po całym domu, wrzucanie do kosza z butelkami wody i moczenie w psiej misce – multum zabawy. Kupiłam 24 sztuki i to w zupełności wystarcza, potrafiła je bez problemu oderwać kiedy miała 10 miesięcy, żałuję, że nie kupiłam ich wcześniej. Minus to porysowana lodówka, uprzedzam.
  • Tablica do rysowania na lodówce. Jeśli nie zjada markera, to można używać tego do tablic suchościeralnych bo ściera się ze wszystkiego. Te które można bezpiecznie ładować do paszczy nie schodzą tak łatwo z ciała – najchętniej używamy koloru pomarańczowego i żółtego żeby najmniej się odznaczał zanim zejdzie 😉 Tablica wygląda fatalnie, bo została porysowana magnesami, ale być może to również zasługa szorstkiej strony gąbki do ścierania.

Z ciekawostek znalezionych w czeluściach internetu bardzo spodobała mi się wirówka do salaty, podobno dzieci chętnie wkładają tam rzeczy i obserwują co się z nimi dzieje. Niestety jako rzecz raczej większego gabarytu nie znajdzie miejsca w mojej kuchni. Drugim pomysłem było serwowanie drobnych przekąsek – na przykład płatków śniadaniowych na podłodze, podobno bardzo zajmujące, pochłaniające dużo czasu i dobre na ćwiczenie chwytu pęsetowego. Na więcej odkrywczych propozycji nie trafiłam, a szkoda, chętnie przyjmę!

Sama z siebie Polcia znalazła w sobie kuchni dwie zabawki – psią miskę z wodą i przyciski do ustawiania czasu na kuchence z wyświetlaczem. Uwielbiała sobie pociapać ręką w wodzie, niestety tylko w psiej misce, jak jej dałam inną to została olana. Pociapać, rozchlapać, utopić w niej kilka magnesów. Przyciskanie guzików na kuchence i zapalanie diod też było atrakcją, ale u dziadków jest jeszcze lepiej bo piszczy jak tylko się dotknie przycisków.

Oczywiście to na jak długo każda z tych czynności zatrzyma dziecko zależy od jego temperamentu, ale też humoru i dnia. A proponowanie kilku różnych zajęć i zabawianie dobrym słowem i uśmiechem jęczącego dziecka w międzyczasie gotowania wymaga spokoju i w miarę dobrego humoru. Jeżeli same mamy ochotę zacząć jęczeć razem z maluchem i położyć się twarzą na podłodze to najlepiej wtedy wyjąć coś gotowego z zamrażarki.

Kuchnię mamy otwartą więc nie zatrzymam jej tam ze sobą. Usunęliśmy w domu wszystko co się dało i pozamykaliśmy wszystko co potencjalnie niebezpieczne i puszczamy małą luzem. Może spacerować swobodnie po całym mieszkaniu i często korzysta z tej opcji kiedy ja jestem w kuchni. Czasem siądzie sobie w salonie przy koszu z zabawkami, czasem chowa się z psem za firanką (trwa to czasem długo i dopiero teraz zaczyna się nudzić, nie wiadomo o co chodzi, zwłaszcza, że balkon mamy zabudowany więc przez okno nic nie widać), czasem sznupie w łazienkowych gadżetach, często idzie do siebie i ogląda sobie książeczki, ewentualnie wyciąga zabawki, które ma w zasięgu ręki. Wiem, wiem, mam szczęście że potrafi i chce zająć się sama sobą, zawsze mówię, że mamy złotego dzidziusia na medal. Nie chodzę za nią krok w krok i często spuszczam ją z oka. Pozwalam jeść z podłogi, pozwalam taplać ręką w psiej misce i nie mam władzy nad jej chęcią całowania się z psem. Czasem się przewróci, czasem się uderzy, czasem wsadzi paprocha do buzi. Czasem muszę składać wszystkie ręczniki wywleczone z szuflady na podłogę i pogodzić się z tym, że wlezą do nich psie kudły. Z resztą już dawno się z tym pogodziłam, w pralce też wlezą. Z porysowaną lodówką też pogodziłam się w 3 sekundy. Co zrobisz, trzeba żyć!

O angażowaniu w pomoc kiedy miała 12 czy 14 miesięcy ciężko było mówić. W innych miejscach i sytuacjach mogłam jej „dawać zadania”, na przykład jak składałyśmy pranie. Cóż z tego, że nie zawsze wychodzi, ważne że ma zajęcie, i czasem poczucie misji, na przykład żeby zanosić czyste skarpetki do kosza z brudami. W kuchni większość rzeczy była za trudna i za niebezpieczna. Pomagała mi przy rozpakowywaniu reklamówek z zakupami, naciskała guziki żeby włączyć zmywarkę i trochę pomagała w jej opróżnianiu. Ona chwytała za talerz a ja od razu dziękowałam i go przejmowałam, trzeba być bardzo szybkim 😉

Teraz, kiedy Pola ma prawie 19 miesięcy zajęcia w kuchni stały się na tyle interesujące, że chce na wszystko patrzeć i najchętniej brać w tym udział. Pola patrzy, Pola też, Pola tam. Jeśli odmówię jej tych atrakcji to może zacząć się szereg innych „domagań” – a to pić ale jednak nie, a to jeść ale tak naprawdę wcale nie, a to książkę przyniosę, a to wsadź mnie do fotelika, a to wyjmij, a chodź mi pomóż, chociaż wcale nie ma w czym. Zauważyłam, że ciężko wzdycham na myśl o gotowaniu, bo będzie mi przerywane i postanowiłam, że tak być nie może, żebym z niechęcią myślała o gotowaniu, które przecież lubię. Postanowiłam zacząć gotować z „asystą” małej i obie byłyśmy z tej zmiany bardzo zadowolone. Ja nie musiałam się odrywać od tego co robię, a ona była szczęśliwa, że może się uczyć kroić swoim plastikowym nożykiem, mieszać, wszystko oglądać i komentować. Nawet kotlety sobie sama ulepiła. Teraz oczywiście muszę pilnować, żeby się nie dotknęła niebezpiecznych narzędzi, nie oparzyła i tak dalej, ale cóż, coś za coś. No i ta jej radość, bezcenna!