Nawet jeśli jesteś macierzyńskim świeżakiem, albo dopiero tam zmierzasz to uwierz mi, nie musisz wpaść we wszystkie zastawione na ciebie pułapki. Naprawdę nie musisz czekać do trzeciego ani piątego dziecka, żeby posiąść magicznie uwalniającą wiedzę i zacząć ją stosować na co dzień. Nie zwlekaj, już teraz dowiedz się tego co niektóre matki odkrywają z każdym kolejnym dzieckiem i poluzuj gumę w majtach, jeśli jeszcze tego nie zrobiłaś. Lojalnie uprzedzam, że żadne to tajemnice i marne rewelacje. A jednak…

Nie musisz stracić siebie sprzed ciąży. Może będziesz wyglądać mniej więcej jak przed ciążą, a może nie. I zależy to od szeregu czynników. Nie ma dwóch takich samych kobiet i dwóch takich samych historii. To, że komuś się nie udało, nie znaczy, że i tobie się nie uda. I odwrotnie. Liczy się genetyka, forma przed zajściem w ciążę, to jak tę ciążę spędziłaś i to ile wysiłku jesteś w stanie i masz ochotę włożyć w powrót do formy. Nie jest prawdą, że odzyskanie formy po porodzie jest niemożliwe a jeśli już, to jest to straszliwie trudne i bolesne. Tak jak nie jest prawdą, że jest to możliwe zawsze i do tego bez trudności. Już przy pierwszym dziecku pamiętaj, że może ci się udać i że część sukcesu zależy od ciebie i nie daj sobie wmówić, że jesteś skazana na porażkę i drogę przez mękę.

Nie musisz robić rzeczy tak jak inni. Jak twoje koleżanki, ich koleżanki, siostry, szwagierki, teściowe a nawet mamy. Jak drogie panie z telewizji i internetów. Nie musisz cały czas wątpić w siebie i szukać potwierdzenia wszędzie naokoło. Bo możesz go nie znaleźć, i to wcale nie będzie oznaczało, że robisz źle. Jeśli czasem czegoś nie wiesz, zapytaj kogoś kto się na tym zna. Jeśli podoba ci się sposób w jaki ktoś postępuje ze swoim dzieckiem, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby brać z niego przykład. Ale rób tak tylko kiedy czujesz się z tym dobrze i kiedy jest to świadomy wybór. A nie szarpanie się pomiędzy sprzecznymi wersjami wszystkiego, ze szkodą dla ciebie i dziecka. Możesz i powinnaś decydować o tym jak postępować ze swoim dzieckiem. Jeżeli masz ochotę i potrzebę zapytać kogoś o radę albo zdanie to to również możesz i powinnaś zrobić.

Nie musisz trzymać się harmonogramu jak w wojsku. Ze spaniem, jedzeniem, pieluchami, higieną, zabawą i wszystkim wpisanym w nieodwołalny grafik. Ja doskonale rozumiem chęć życia z planem, ale trzymanie się sztywnych ram z malutkim dzieckiem nie jest konieczne. Nie musisz go budzić bo czas drzemki minął i już zaczyna się czas jedzenia, jak zgłodnieje to wstanie. Nie musisz mu codziennie czytać, śpiewać i grać na flecie po pół godziny. Ani codziennie spacerować i go kąpać. Ani przewijać z zegarkiem w ręku. Jak lubisz śpiewać to możesz mu śpiewać choćby i godzinę dziennie, codziennie. Jeśli lubicie się kąpać to możecie to robić częściej zamiast rzadziej. Jeśli ma tendencje do podrażnień dupki to możesz przewijać nawet częściej niż wydawałoby się racjonalnie, dla dobra wszystkich.

Nie musisz wpadać w higieniczne szaleństwo. Szaleństwo wyparzania, prasowania, prania w 90 stopniach, sterylizowania wszystkiego, dezynfekowania i używania tylko świętych specjalnych środków. Możesz z tego zrezygnować już przy pierwszym dziecku, możesz wybrać umiar zamiast szaleństwa. Może i ubranka dziecka będą wyprane osobno w niemowlackim płynie i z wybitymi żelazkiem bakteriami, ale tak się składa, że buzią i rękami będzie godzinami jeździć po twoim ubraniu, po twoim ciele. Więc jeśli nie masz zamiaru prać siebie i swoich ubrań według tych samych standardów to w sumie ciężko dopatrzeć się w tym działaniu logiki. Oczywiście wszystkie ubranka Poli jeszcze w ciąży uprałam w niemowlęcym płynie i wyprasowałam, ale to było ostatnie prasowanie a w płynie prałam dopóki się nie skończył. Przy czym czasem i jej i nasze rzeczy. A czasem niektóre jej ubranka trafiały do ogólnego prania. Żyje, ma się dobrze, nic nie było. Mieszkamy z psem więc nawet gdybyśmy chcieli to sterylne warunki były nie do osiągnięcia. Kiedy przyszła położna, to w pieluszce, w kupie dwutygodniowej Poli znaleźliśmy włos naszego psa Vincenta. A wtedy się jeszcze nie całowali. Abstrahując już od zasadności trzymania dziecka w sterylnych warunkach pomyśl ileż to zajmuje czasu i energii! Toż to chyba trzeba mieć osobną panią do tego, żeby nie stracić własnego zdrowia psychicznego.

Nie musisz żyć o marchewce i kurczaku bo karmisz piersią. Nie musisz wierzyć w istnienie diety matki karmiącej, bo to nieprawda. Nawet jeśli naokoło mówią inaczej i wmawiają ci, że NA PEWNO jesteś winna bólom, kolkom i wzdęciom. Nie daj się wpuścić w ten kanał, który tylko cię zniechęci do karmienia piersią, bo będzie ci się kojarzyło z wyrzeczeniami i utrapieniem. Nawet jeśli to personel medyczny powtarza te nieprawdy, bo nie mieli chęci, czasu ani okazji zweryfikować tego co „wiadomo i zawsze tak było”. TU i TU mówią jak jest.

Nie musisz robić sobie w domu tropików z zastanym powietrzem, bo dziecko musi mieć ciepło, cieplej, najcieplej a jak otworzysz okno to mu nawiejesz choroby do ucha. Nie musisz czuć się winna, że dziecko płacze, bo dzieci płaczą, you know. Czasami tak po prostu, czasami nic na to nie poradzisz, a przynajmniej nie tak od razu. Nie musisz porównywać się z innymi i w ten sposób  sprawdzać, czy jesteś wystarczająco dobrą matką. Nie musisz uważać, że każda udzielana ci rada jest tak naprawdę krytyką wymierzoną w twoją nieudaczność i świeżactwo, bo ty nic nie wiesz a inni wiedzą wszystko. Nie musisz się (prawie) nikomu tłumaczyć ze swoich wyborów i decyzji i nie musisz ich uzasadniać.

Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie uważał, że robisz źle. Na pewno mnóstwo ludzi uważa, że ja robię źle, a ja uważam, że to oni popełniają błąd. No i dobre. Nawet jeśli jestem święcie przekonana, że ktoś robi niemądrze, to cóż, nie moje małpy, nie mój cyrk. Nie moja odpowiedzialność. Nic na siłę, ani my, ani nam. Róbmy tak, żeby było dobrze dzieciom i nam, może wtedy będzie mniej niezadowolenia w macierzyństwie.