Dni kiedy „wszystko się nie udaje” są, po prostu są. W domu, w pracy, z dziećmi, bez dzieci. Kawa się rozsypuje, kran pęka, zapominasz śniadania a pies wymiotuje na środku przedpokoju w momencie, w którym musisz wychodzić. Albo tysiąc innych drobnych niepowodzeń, pech, nieunikniona obsuwa. W taki dzień może już nawet budzisz się jak Adam Miauczyński, z wiązanką na ustach. Dzień typu fiasko. Niektórzy zdają się uważać, że z dziećmi występują głównie takie dni. Nie wiem, na razie przeżyłam tylko 586 dni z dzieckiem, brakuje mi jeszcze tysionc-pińcet-sto-dzewińcet żeby móc mieć opinię. A nie, jednak nie. Okazuje się, że już teraz bezczelnie coś tam sobie myślę. Co zatem warto zrobić?

1 Mieć realistyczne oczekiwania i wobec macierzyństwa w ogóle i wobec każdego dnia z osobna. To pomaga w ograniczeniu wyrzutów sumienia z kategorii „matczyne”. Jeśli ktoś oczekuje, że dni z dzieckiem będą krainą nieustającej szczęśliwości i jeszcze bardziej nieustającej cierpliwości, to rozminie się z rzeczywistością. Związek z drugim człowiekiem, nawet małym i nawet naszym własnym najukochańszym to nie są same przyjemności, całuski, cukiereczki, ciasteczka. Żeby się srogo nie rozczarować warto uświadomić sobie, że wychowywanie dziecka wymaga od nas czasem sporego wysiłku emocjonalnego i intelektualnego jeśli chcemy robić to dobrze. I tak jak w życiu, tak i tu zdarzają się momenty słabsze, kiedy chwilowo nie jest tylko miło i wesoło i filmiku reklamowego by z tego nie nakręcił.

2 Nie porównywać się. Kiedy dzień jest słaby a ty jeszcze słabsza to lepiej zapomnij, że masz internet w telefonie. To są momenty typu: „szalenie delikatny jestem na kacu, to taki stan kiedy byle reklama zmusza do płaczu”* Najlepiej zapomnieć o istnieniu tych innych ludzi, którzy to mają lepiej, nigdy się im tak nie dzieje, i w ogóle oni zawsze i wszystko a ty nigdy i nic. Słabiutki konstrukt człowieka przeżywającego zły dzień może nie wytrzymać, bo brakuje w nim dystansu, pozytywnego myślenia i czasem kontaktu z rzeczywistością. Udane gofry obcej baby mogą być gwoździem do trumny, true story.

3 Pracować nad sobą i to na co dzień. Wtedy kiedy wszystko jest dobrze. Nad organizacją, nad podejściem do życia, nad umiejętnościami „emocjonalnymi”. Bo to wszystko przekłada się na jakość naszego życia i na to jak radzimy sobie z tym co nam nie w smak. Łatwo jest przyjąć, że innym wszystko co dobre przychodzi bez wysiłku i trudu, że mają szczęście, że tak to już jest i w związku z tym nic nie robić. Machnąć ręką, powiedzieć, nie wiem, nie umiem, nie chce mi się. Tym sposobem jednak ciężko wydrapać się z kurwidołka niezadowolenia i bylejakości.

4 Minimalizować ryzyko. Unikać sytuacji, które mają marne szanse skończyć się dobrze. Trochę trzeba przewidywać, trochę planować z wyprzedzeniem, trochę wróżyć z fusów a trochę robić coś albo nie robić na zapas i na wszelki wypadek. Bo te zaniedbania to się tak lubią mścić, oj jak one lubią. Że mało spontanicznie? No mało, nie można mieć wszystkiego.

5 Mieć plan. Rutyna to klucz do ogarnięcia dni z bajzlem, którego nikt nie zamawiał. Wiadomo co, gdzie, kiedy i jak. Nawet kiedy chce się tylko wyć do księżyca i schować do tapczana to jest się czego trzymać, jest się do czego odwołać. Wiadomo od czego zacząć, mamy nałożony samemu sobie bat, który może nas przywołać do porządku i wyrwać z marazmu.

6 Dać sobie pozwolenie. Jeśli możesz, to sobie trochę pomarudź, poużalaj się na sobą chwilę. Czasem to pomaga. Byle nie za długo. A jeśli długo to chociaż z jakimiś konstruktywnymi wnioskami. Jak tylko poczujesz impuls, że może jednak coś z tego będzie to natychmiast to wykorzystaj, zrób coś, rusz się, może się odblokujesz i dzień nie pójdzie na zmarnowanie?

7 A na koniec wyższa szkoła jazdy. Stosować się do punktów 4, 5 i 6 a jednocześnie potrafić powiedzieć „trudno, zjem sobie kanapkę za to” gdy znajdziemy się w sytuacji bez wyjścia, a nasze plany i zamiary pójdą się paść. Diabelnie trudne połączenie!