Niedawno znajoma zapytała nas czy mamy już bunt dwulatka. A ja nie bardzo umiałam jej odpowiedzieć, bo wiem, że poglądy na wychowywanie dzieci się nam dość znacznie rozjeżdżają. Musiałabym poprosić ją o podanie kryteriów, punktów do spełnienia, żebyśmy mogli ustalić jakąś wspólną prawdę. Może jakby przyszła na nas popatrzeć to w jej oczach ukazałby się bunt dwulatka. Ja nie widzę. Trochę jej posłuchałam, popatrzyłam do internetów jakież są wyznaczniki tego buntu i co ludzie sobie o tym myślą i już wiem. Wiem, że bunt dwulatka to stan umysłu rodzica.

Stoi za nim założenie, że te rzeczy które dziecko robi, robi nam na złość a nie po to, żeby sobie zrobić dobrze. Robi to wszystko, żeby postawić na swoim dla samego postawienia, dla naszego upodlenia, żeby nami rządzić, specjalnie, naumyślnie i nam na paskudę!

Bo dziecko chce, a ja mam się zgodzić! No tak, czasem tak. Tak to działa nie? Myślę, że  Poli też się coś należy w tym domu. Czasem robimy tak jak ja chcę, czasem tak jak Chłop a czasem możemy robić tak jak chce ona. Jest pełnoprawnym członkiem tej rodziny i czasem możemy coś zrobić tylko dlatego, że ona tego chce. Ale może się mylę i już nigdy nie będzie nas szanować, tylko mieć za frajerów co to poszli na plac zabaw chociaż się im nie chciało.

Bo dziecko myśli, że będzie tak jak ono chce. No myśli, kto nie myśli? Kto by nie chciał? I tak to w życiu jest, że czasem się udaje a czasem nie. Czy dziecku musi się zawsze nie udawać?

Bo jak ona ma rozmawiać z dwulatkiem, przecież to bez sensu język strzępić, on nic nie zrozumie i nic nie odpowie. To dobre, zaczekajmy aż nagle magicznie zacznie rozumieć co się do niego mówi, bo raczej nie będzie miało szansy się tego nauczyć, skoro nie warto rozmawiać. Jeśli komuś szkoda słów i czasu na mówienie do dziecka, to mi ręce i cycki opadają, nie mam rady, nie mam ratunku. Walczcie sobie dalej.

Bo dziecko chce wszystko samo i samo. A to za długo trwa, za brudno, a nie tak jak trzeba, a upuści, a spadnie, obleje się, nie uda mu się, po co cuduje. I tylko wojna bo ono siamo i siamo. No i co by tu począć, co tu zrobić, no, no no?

Okazuje się, że to co dla znajomych jest buntem dwulatka dla mnie jest najzwyklejszym wyrazem chęci dziecka. Bo ono odkrywa, że ma różne chęci i fajnie jest je realizować. I odkrywa jak bardzo frustrujące jest to, że nie zawsze można. Z czym radzi sobie jak umie, a że nie umie to radzi sobie mocno tak sobie. Taki to już podły los rodzica, że on z kolei musi sobie radzić z takimi trudnościami jak dziecko odkrywające nowe umiejętności i emocje. Jeśli ktoś uważa, że to, że dziecko dąży do swojego i denerwuje się gdy mu się to nie udaje znaczy, że jest roszczeniowym, rozdartym, nieznośnym małym potworem to nic dziwnego, że bunt dwulatka występuje w jego słowniku i uważa ten czas za paradę skandalicznych zachowań wymierzonych prosto w niego. Można odnieść wrażenie, że przychodzi taki czas, że dziecko budzi się rano przemienione w małego tyrana, który tylko żąda, wrzeszczy i walczy nieustannie w każdym temacie, i to wszystko na złość i specjalnie. Dzień dobry, od dzisiaj bunt dwulatka, od dzisiaj jest okropnie, drżyjcie wszyscy! Jak ktoś nie ma dzieci albo się nie interesuje, to pewnie tak to sobie wyobraża, zważywszy na to jak wielu rodziców w ten sposób podchodzi do tematu.

Zgadzamy się na śliniak zamiast fartuszka, albo fartuszek zamiast śliniaka, na kubek z zielonym zamiast z niebieskim, że tędy a nie tamtędy, że zrobi coś tak albo srak, że tym razem mama a nie tata albo odwrotnie. W 90 procentach nie robi nam to różnicy, „stawianie na swoim” zachowuję na ważniejsze momenty. Więc zgadzam się, ulegam, wymieniam fartuch na śliniak i mam zadowolone dziecko i siebie. Są ludzie, którzy będą widzieć w tym pokonaną matkę i triumfującego dzieciaka, który wygrał. Ale ja nie gram w tę grę, wybieram być jedną drużyną zamiast uprawiać emocjonalno-psychologiczne sumo. Potrzeba poczucia sprawczości, która rodzi się w dwulatku nie jest dla mnie czymś negatywnym, tylko naturalnym etapem rozwoju, więc dlaczego i po co ją demonizować? Na dobrą sprawę o prawie wszystkim za dziecko decydują dorośli, niechże i ono ma szansę zobaczyć jak to jest i potrenować. Mnie korona z głowy od tego nie spada. Poza tym jeśli ktoś ciągle słyszy nie i nie, i o wszystko musi walczyć, to raczej nie będzie potem chętnie współpracowało…

Czasem Pola mówi nie, bo odkryła, że może się na coś nie zgodzić. I co w tym dziwnego i złego że ona może czegoś nie chcieć i nie wyrażać gotowości ani zgody? Oczywiście, że wielokrotnie jest to rodzicom okrutnie nie na rękę i moja w tym głowa, żeby jakoś ją przekonać, żeby coś zmienić w sytuacji tak żebyśmy wszyscy wyszli bez szwanku. I to nie dzieje się ot tak, raz dwa i załatwione. Jakbym chciała kogoś kto mnie będzie karnie słuchał i robił zawsze to co mówię, to bym sobie wzięła drugiego psa.

Czy ktoś może naprawdę uważać, że to, że dziecko chce za wszelką cenę wszystko robić samo to przejaw jego upierdliwości? Czy to, że maluch źle reaguje na nagłe zmiany, działanie bez uprzedzenia i zaskoczenia wynika z jego złośliwości? A może wszyscy tak mamy i nikt nie lubi sytuacji „beze mnie o mnie”? Dziecko przestaje być słodkim bąbelkiem, którego bez słowa wyjaśnienia można wziąć pod pachę i już, trzeba się zacząć trochę liczyć z jego zdaniem i planami. Czy to, że dziecko nie umie czekać, myśli, że jak nie teraz to nigdy i nie kuma odroczonej gratyfikacji to jego sposób na frustrowanie nas specjalnie dla swojej uciechy? Czy tak trudno uwierzyć w to, że maluch nie przewiduje konsekwencji swoich działań i czasami za diabły sam nie wie po co robi to co robi? Jak, jak to wszystko ma być przejawem złej woli i knucia, żeby objąć władzę nad rodzicami i galaktyką to nie wiem.

Nie, na razie nie mamy buntu dwulatka. Mamy dziecko, które rośnie i odkrywa to i owo.

Ale ciągle czekamy, może jednak jeszcze zobaczymy i będziemy śpiewać inaczej. Jak coś, to wrócę posypać głowę popiołem.

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” albo zostaw komentarz. Dzięki! 🙂