W zeszłym roku zrobienie kalendarza adwentowego dla Poli nie miało najmniejszego sensu, jako że była jeszcze małym bąbelkiem. Miałam wielką nadzieję, że za rok już będzie sens stworzenia dla niej takiej atrakcji i myślę, że tak właśnie będzie. Testowanie ciągle jeszcze przed nami, więc nie wiem jak to ogarnie, ale umówmy się, co tu jest do niepodobania? Muszę przyznać, że jak na razie to mi bardzo podobało się przygotowywanie go i wymyślanie zawartości. Dużo bardziej niż kupienie gotowego!

Kalendarz traktujemy jako sposób na odliczanie czasu do Wigilii i rodzinnych spotkań. Mam nadzieję, że stanie się naszą domową tradycją i będziemy do niego wracać co roku, żeby umilić sobie oczekiwanie na święta. Jak ze wszystkim co świąteczne zaczynamy pierwszego grudnia – Last Christmas, ubieranie choinki i pierwsze „okienko” kalendarza.

Chciałam znaleźć na kalendarz koncepcję nie pochłaniającą dużo czasu, energii i pieniędzy. Po przeczesaniu niezawodnego Pinteresta postanowiłam do zrobienia kalendarza adwentowego wykorzystać papierowe torebki, takie jak z piekarni. Każdą torebkę ozdabiamy, oznaczamy numerkiem i wkładamy do koszyka albo pudełka, które już mamy na stanie i które też możemy przyozdobić. I gotowe! Torebki można zakupić przez internet po 10 groszy, kupiłam więcej na zapas i nawet z przesyłką koszt torebki to jakieś 30 groszy. Do ozdabiania użyłam wszystkiego co miałam, ale jeśli ktoś nie ma nic, to może zakupić etykiety prezentowe i na każdej torebce nakleić po jednej, dodać choinkę wyciętą z zielonego papieru i też będzie pięknie. Moje czerwone etykiety są z Pepco, dwadzieścia sztuk kosztowało 6 złotych. Do tego za 4 złote samoprzylepne złote kokardy i już nic więcej nie potrzeba. Kalendarz zrobiłam w trakcie jednej drzemki Poli.

Jeśli chodzi o zawartość, to postanowiłam wykorzystać fakt, że planowałam kupić Poli zestaw drewnianego jedzenia. Wybrałam zestaw Melissa&Doug TU, z czterema skrzyneczkami i produktami podzielonymi na grupy. 16 z nich trafiło do torebek; pomarańcza zbytnio przypomina piłkę i obawiam się, że bez kontekstu pozostałych „jedzeń” zostanie za nią wzięta i to skończy się źle, a mięso typu stejk i kromki chleba są mało wyględne samodzielnie. Myślę, że można tak podzielić i inne zabawki, na przykład zestaw lekarski, albo akcesoriów kuchennych. Kupujemy zabawkę, którą i tak chcemy mieć, a jednocześnie nie mnożymy w domu badziewia. Bo wiadomo, nie o to chodzi, żeby codziennie wręczać wypasiony, drogi prezent a tanie i ładne drobiazgi dla dzieci nie tak łatwo spotkać. Do pozostałych pakunków wsadziłam: świąteczne skarpetki, spinki do włosów z kokardkami, świąteczne naklejki i drewnianego aniołka na choinkę. Mam jeszcze miejsce w torebce wigilijnej i do niej planuję kupić świąteczną opaskę. I już nie mogę się doczekać!

 

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” albo zostaw komentarz. Dzięki! 🙂