Jestem zwolennikiem pokojowego rozwiązywania problemów, przynajmniej jeśli chodzi o dzieci. Wierzę, że lepiej jest słuchać, rozmawiać, rozładowywać atmosferę zabawą niż robić coś na siłę, ględzić, zakazywać i nakazywać. Poza sytuacjami ostatecznymi, które nie są dla mnie akceptowalne, nie chcę sięgać po metody ostateczne. Robię tak i chcę robić dalej, bo chcę mieć dobre relacje z dzieckiem, oparte na zaufaniu a nie strachu, uważam, że to ją dużo nauczy no i ogólnie chcę dla niej dobrze. Ale prawda jest taka, że dla siebie też chcę dobrze. Na co dzień trzeba ubrać piżamę, trzeba wyjść do lekarza i się nie spóźnić, trzeba nie wyjmować rowerka biegowego o 21.30 zza kanapy i tak dalej i fajnie jest robić to w dobrej atmosferze, bez wojny, minimalizując negatywne emocje a nie eskalując. Walka trwałaby równie długo, jeśli nie dłużej, niż posługiwanie się żartem, dawanie wyboru, mówienie o uczuciach i inne metody zachęcające do współpracy. I do tego w jakim nastroju!

Wszystko fajnie, wszyscy zadowoleni, a potem trafiam na takie dwa cytaty:

„(…) jak wielu rodziców na początku, chwyciła się metody aktywnego słuchania, widząc w niej nową technikę manipulowania dziećmi – subtelny sposób nakłaniania ich, by robiły to, co zdaniem rodziców powinny robić, albo kierować ich postępowaniem i myśleniem”*

„Zabawa nigdy nie powinna być manipulacją, postawą z rodzaju: dziecko robi, co ja chcę, i jeszcze się z tego cieszy. To jest pewien niuans, którego nie sposób określić z zewnątrz, jedynie sami zainteresowani (rodzice i dzieci) czują mocno, jakie są ich intencje.”**

I stawiam przy nich wykrzyknik ze znakiem zapytania i wielkimi literami notuję sama do siebie WTF?! Ja, będąc wewnątrz, nie potrafię określić tego niuansu. No jak to jakie są nasze intencje? No takie, żeby dziecko zrobiło to co chcemy, żeby zrobiło. Nie robię tego wszystkiego po nic, tylko po to żeby dziecko coś zrobiło albo czegoś nie robiło. Ostatecznie są takie działania dzieci, którym chcemy położyć kres i jeśli nie możemy im tego zakomunikować wprost, a nie możemy, to czy posługiwanie się innymi metodami to nie jest jakiś rodzaj manipulacji?

Rzeczy, które chcę, żeby zrobiła to są rzeczy konieczne i potrzebne, jak mycie zębów i spacer z psem, który nie jest opcjonalny. Więc owszem, zamienianie tego w zabawę i żarty to jest jakieś uatrakcyjnienie tej czynności, ale opór i odmowa nie są akceptowalną reakcją, bo niestety zęby myć trzeba a pies się sam nie wyprowadzi. Oczywiście wtedy zmieniam podejście i repertuar, wybieram inną metodę, ale cel pozostaje ten sam i nie znika. Spoko, mała nie chce iść z psem teraz, w tej chwili, bo czyta książkę. Może za kilka minut, jak uzna, że skończyła. I tak było. Innym razem udawałam, że piszę do niej list w imieniu Vincenta, żeby go uratowała i zabrała na spacer. Pomogło. Ale jeśli pogoda jest taka, że nie możemy iść „potem” bo co 20 minut jest ulewa i musimy się wpasować w okienko pogodowe, to co? Udało mi się ją przekonać w 5 minut, że pieskowi chce się kupę i siku bo już przebiera nogami pod drzwiami, zdążyłyśmy. Gdybym nie chciała osiągnąć swojego celu, to nie robiłabym tych wszystkich rzeczy, nie wcielałaby się w psa i nie wyrzucała z siebie tylu słów. Robię to tylko po to, żeby przekonać ją do zrobienia tego czego od niej w danej chwili potrzebuję.

Nie robię tego ze złośliwości, nie robię jej na paskudę, raczej dla obopólnego dobra. Bo przecież nie jest też tak, że robię to tylko dla niej. Nawet jeśli chodzi o jej niepilną wizytę u lekarza, umówioną na dziś. Teoretycznie chcemy iść do tego lekarza dla jej dobra, ale jak pójdziemy za trzy dni to jej nie ubędzie. Ubędzie za to nam, bo już plany zrobione, już zainwestowaliśmy czas, już się umówiliśmy, trzeba będzie dzwonić, przekładać i tak dalej. I takie to nasze intencje. Dysproporcja między odpowiedzialnością wobec świata jaka ciąży na rodzicu, a tą dziecka jest przepaścią, ktoś tu musi zarządzać.

Gdzie w końcu jest ten pies pogrzebany? Czy wszystko jest kwestią nadintencji naszych intencji? Tego co mamy na celu i na sercu? Że nie robimy tego, tylko po to żeby dziecko nie zrobiło czegoś co chce, bo takie mamy widzimisię? Czy jeśli stoi za naszym działaniem jakiś sensowny powód to wtedy jest ok? Jeśli odwiodę dziecko od wchodzenia w mokrą trawę i szukania kasztanów bo ma nieodpowiednie buty, które przemokną i zmarzną mu nogi to jest manipulacja w zbożnym celu, czyli usprawiedliwiona? A jeśli zrobię to bo nie mam ochoty tam stać albo ona ubrudzi sobie kaloszki to wtedy jest to manipulacja i kropka? W pierwszym przypadku autentyczny powód, dla którego chcę zmienić zachowanie dziecka, mogę w pertraktacjach, jeśli zabawa nie działa, wypowiedzieć na głos i to jest dobry powód, mający na celu zachowanie dziecka w zdrowiu i cieple. Ale druga wersja wydarzeń? Nie tak całkiem. Z drugiej strony czyż nie jest to konflikt potrzeb? Ale kto go będzie rozwiązywał, jak to trzeba teraz w tej chwili zdecydować czy wejść w chaszcze czy nie.

Trudne sprawy, dla wielu pewnie zupełnie nieistotne, może i szukanie dziury w całym. Z jednej strony odbieram to trochę jako oskarżenie, a z drugiej przecież nie uważam, tego zachowania za złe i wymierzone w godność dziecka. Może za dużo o tym myślę, ale zasiali mi ziarenko niepewności. Z resztą, jeśli chodzi o myślenie, to wolę klęskę urodzaju.

 

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” albo zostaw komentarz. Dzięki! 🙂

*Thomas Gordon, Wychowanie bez porażek, wyd. Pax, str. 114

**Małgorzata Musiał, Dobra relacja, wyd. Mamania, str. 114