Przeczuwałam, że kiedyś pojawi się u nas przyjaźń z kolorem różowym, ale nie wiedziałam, że nastąpi to tak szybko. Myślałam, że jeszcze mamy czaaaas, a tu masz! Zaczęło się kiedy Pola skończyła półtora roku, od różowych butków przedkładanych nad czarne i szare, ale uznałam, że może jednak chodzi o ich większą wygodę, przewiewność i szybszy proces ubierania. Potem była różowa opaska, ale ona też akurat dziwnym trafem była luźniejsza i wygodniejsza od czarnej, a szara przepadła a spacerze. A później kupiłam małej jesienną kurtkę przeciwdeszczową, różowo-różową, bardzo fajną z resztą no i wyrok zapadł, wszystkie inne poszły w kąt. Przechowywana przez nas z pietyzmem czarna bomberka z River Island została z rozmachem zrzucona z wieszaka (!). Pozamiatane. Jak juwowe to znaczy, że lepsze. 

Od samego początku mieliśmy rożne różowe rzeczy, były i koszulki i bluzki i nawet spodnie. A dodatki to już w ogóle. Więc nie jest tak, żeby różowy był kolorem zakazanym, nie, nie. Ja tak na prawdę lubię kolor różowy, tak się akurat składa, więc wcale nie unikam go jak ognia. Sama nawet mam kilka rzeczy w tym kolorze. Różowy, dziewczyński total look nie jest moim marzeniem, ale naprawdę nie mam nic przeciwko temu, że ubranie jest w (ładnym) kolorze różowym. Ani nikt jej nie zachęcał do różowych rzeczy, ani nie zabraniał ich wybierania. Ciężko zatem uznać, że ta miłość do różowego to rekompensacja za moje ubieranie jej tylko na czarno i tylko po chłopacku, podczas gdy inne dziewczynki mają wszystko ładne i różowe. I jakie wszystkie dziewczynki, skoro mamy jedną stałą koleżankę na placu zabaw, presja rówieśnicza jak mniemam chyba jeszcze nie występuje?

Swego czasu u mojej mamy w grupie przedszkolnej były dwie bliźniaczki i jedna gustowała w różu, sukienkach i dziewczyńskości a druga chciała chodzić tylko w spodniach, ciemnych kolorach i broń cię panie, żadnym różu, brokacie czy innym cekinie. Ciekawe, nie? Oczywiście w przypadku pięcioletniego dziecka można już mówić o szeregu czynników wpływających na takie wybory, inaczej niż u kilkunastomiesięcznego berbecia. Widać jednak, że pomimo większości wspólnych dla obu dziewczynek doświadczeń i wspólnej historii coś sprawia, że wybrały zupełnie inaczej. I że jednak nie każda pięciolatka musi mieć jazdę na różowy.

Nie mamy różowych dziewczyńskich klocków Lego, księżniczek, wróżek ani innych zabawek sugerujących, że kolorem odpowiednim dla małej dziewczynki jest różowy. Nie widziała w sklepie z zabawkami, że przeznaczona dla niej część sklepu jest różowa. Nie oglądamy jeszcze bajek. Miłość do różowego nie pochodzi stamtąd. Więc skąd? Skoro zaczęła się tak wcześnie, kiedy to wpływ innych jest w zasadzie jeszcze nieistniejący. Siła kodów kulturowych jest ogromna, wiadomo ale póki co nic nie wskazuje na to, żeby Pola łączyła kolor różowy z byciem dziewczynką. Czy to naprawdę wypływa z jej wnętrza, że po prostu ten kolor jej pasuje i już? Przypadek? No kurde jak to jest?

Ostatnio podczas łowów na ciuchach, jedna wiekowa pani radziła się drugiej, w jakim kolorze ma kupić rzeczy dla niemowlaka-dziewczynki. A ja myślałam, że to wszyscy wiedzą! Okazało się, że pani ma wątpliwości, bo jak ona była młoda, to dla dziewczynek rzeczy były niebieskie, a dla chłopców czerwone i różowe. To, że kiedyś podobno tak było, samo w sobie nie jest zaskoczeniem, to już pojawiło się tu i tam, choć nie wiem na ile to prawda. Natomiast to, że jeszcze żyją ludzie, którzy twierdzą, że z własnego doświadczenia pamiętają ten odwrócony podział mnie osobiście zdziwiło. Zastanawia mnie też co takiego mogło się stać, że ten podział się odwrócił, bo jakoś nie umiem znaleźć precyzyjnej, jednej i pewnej odpowiedzi. Że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze? No dobra, ale konsumpcja mogła się równie dobrze napędzać przy wcześniejszym podziale, więc nic mi to nie wyjaśnia, a wręcz zasiewa wątpliwości. Kto i dlaczego skazał dziewczynki na kolor różowy, a sam róż na pogardę i siedzenie w trzecim rzędzie za resztą kolorów?

Nie ma problemu z kolorem różowym. Jak wiadomo mam problem z wieloma rzeczami w dziecięcych szafach, taki już mój los (KLIK i KLIK), ale róż nie jest jednym z nich. Nie ubieram Poli we wszystkie kolory, bo niektórych zwyczajnie nie lubię ale również dlatego, że nie każdy kolor jest dla niej twarzowy, po prostu. Krucjata pod tytułem „ubieram dziecko we wszystkie kolory, ale nie w różowy, bo nie” jest dla mnie niezrozumiała, skoro każdy kolor jest dla kogoś jednako dobry, to co ten biedny róż mu zawinił? Czy z ręką na sercu mogą powiedzieć, że ten jeden jedyny jest dla nich sam w sobie szpetny i nie do zniesienia? Jak mogą to spoko, jak nie to cóż – wiem, wiem, niektórym różowy źle się kojarzy. Mnie na szczęście to nie dotyczy. Teraz musimy tylko kontynuować z Polą lekcje o tym jak ważny jest umiar i może jakoś to będzie ;).

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” albo zostaw komentarz. Dzięki! 🙂