Niedawno byliśmy z Polą na mieście, na chwilę przed drzemką i włączyło się jej marudziejstwo. Nie bardzo chciała iść, trochę kręciła się jak bąk albo co innego w przeręblu, no i tyle. Mijała nas jakaś kobieta, raczej młodsza niż starsza i obserwowała to z uśmiechem.

No i było miło dopóki nie uraczyła nas słowami „Potem będzie jeszcze gorzej!”. Mi uśmiech od razu zszedł z twarzy i zamienił się w wielotonowy grymas pod tytułem „znowu?/ilemożna/doprawdy?/eeehhh”. I już nawet nie chciało mi się za nią krzyknąć, żeby sobie wsadziła taką uwagę do dupy i jak nie ma nic lepszego do powiedzenia, to niech nie mówi nic. Nie żebym kiedyś krzyczała, ale chociaż miałam taki impuls. Teraz ledwie wywróciłam oczami, może nawet tylko w myślach, aż taka obojętność mnie ogarnęła. Może jednak następnym razem coś powiem? Że z pewnością będzie gorzej, bo wszyscy umrzemy?

Nie wiem, może komuś pomaga snucie czarnych wizji przyszłości. Czy komuś pomaga słuchanie ich? Wydaje mi się, że dużo bardziej pomaga skupienie się na tym co dobre i metaforyczne uderzenie w tył głowy, tak dla odzyskania równowagi. Nie jest tajemnicą jaką metodę radzenia sobie ze smuteczkami wyznaję. Po tysiąckroć wolałabym usłyszeć od mijanej na ulicy kobiety, jeśli już coś usłyszeć muszę, żebyśmy się cieszyli, że małe, że fajne, że oj kochane te małe dzieci albo inną srakę, która sprawia, że w serduszku i głowie robi się cieplej. Bo przecież są małe, fajne i kochane. I na wypadek, gdybyśmy o tym zapomnieli na chwilę, to lepiej żeby nam ktoś przypomniał, niż fanzolił smuty. Nie nakręcę filmu jak pertraktujemy kontynuowanie spaceru do auta, nie będę o tym rozmyślać i celebrować tego przez lata. Ale jeśli w tym danym momencie przypomnę sobie, że ilość takich „trudnych” chwil jest bądź co bądź policzona, to łatwiej mi znaleźć w sobie cierpliwość i jeszcze więcej serca. A potem trochę łez, wiadomo, delikates ze mnie.

Ciężko jest delektować się chwilami kiedy siedzisz przed biurkiem pod jarzeniówką, wśród ludzi, którzy jedyne co potrafią to cię wkurwić i masz ochotę gryźć pięści z frustracji bo tak zmarnowana wydaje się być każda minuta. Nie ma też wiele do chłonięcia przy szorowaniu wanny, w kolejce w przychodni i przy skrobaniu szyb na mrozie. Życie składa się z wielu chwil, które nie są spektakularne ani jakoś szczególnie przyjemne, tylko trochę nudne, trochę upierdliwe, trochę trudne. Ale sam fakt spędzania ich z kimś kochanym wystarczy, żeby było co chłonąć, nie musisz zawsze odczuwać przy tym ekstatycznej radości. Nie wspominając o tym, że oto tu jesteś i możesz się tym zajmować, zamiast leżeć w piachu. Chyba fajnie, nie? Kolega z pracy Chłopa jest trochę letni w tym temacie, bo on zaledwie „nie chciałby nie żyć” ale ufam, że większość ludzi jest do życia bardziej przywiązana.

W macierzyństwie jak w życiu, nie każda chwila wypełniona jest tylko tym co miłe, łatwe i przyjemne. Ale w każdej z nich towarzyszy ci twój własny mały człowiek, którego możesz chłonąć i którym powinieneś się cieszyć, nawet jeśli chwilowo chce iść w inną stronę. Banał jak chuj, wiem. Ale chyba warto go przypominać. Sobie i innym.

Potem będzie dobrze. Teraz jest dobrze. Dobrze jest. Skup się na tym co dobre. Przypomnij sobie, że to jest dobro. I że masz szczęście, że je masz. Nawet jeśli znowu nie chce iść spać.

Mi to pomaga. Pomaga nabrać dystansu i perspektywy.

Nie życz sobie, żeby dni przeminęły, nie chciej przewinąć życia. Bo więcej nie dostaniesz.

Starsi panowie wiedzą co mówią:
Może to mnie właśnie smuci,
Że ta sama już nie wróci,
Że z szelestem zdartych dat
Upłynął życia szmat.
Życie trudne, życie żmudne, życie nudne – żaden bal
Życie ziębi, życie gnębi, ale życia, życia żal..
.*

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” albo zostaw komentarz. Dzięki! 🙂

Zdjęcie: Melissa Askew on Unsplash