Przypadkiem w moje ręce trafił numer magazynu o pracy, karierze, technologiach i tak dalej. Przypadkiem, bo prawda jest taka, że w każdej gazecie strony o gospodarce i nauce omijam, nooo ewentualnie na sam koniec zajrzę. Niżej stoją tylko motoryzacja i sport, których istnienia po prostu nie zauważam. Ale ze mnie baba nie?

Społeczeństwo, kultura, psychologia. To są tematy, które łapią moją uwagę. Potem polityka. Dodatek o gotowaniu; zdrowiu i turystyce może troszkę. No i na szarym końcu byznes i nauka. Co to o mnie mówi? Chyba tyle, że nie rokuję. Z sukcesem to mam tyle wspólnego, że kiedyś namiętnie oglądałam Modę na sukces. W moim życiu moda ta się nie zagościła, oh well.

Praca na Wysokich Obcasach jednak jakoś do mnie trafiła i o dziwo, okazało się, że jest całkiem interesująca. Może to kwestia umiejętności redakcji, a może jednak nie jestem stracona dla świata. Interesujące interesującym, ale prawda jest taka, że już ze wstępniakiem zaczęłam się kłócić.

Z okładki spogląda na nas Marissa Meyer i o niej traktuje pierwszy artykuł. Ja oczywiście nie miałam pojęcia kim jest pani Marissa, ale teraz już wiem, że jest mega-ultra kobietą sukcesu, która ma 500 mln na koncie, trójkę dzieci, męża po Harvardzie, dwa przebiegnięte maratony i jeszcze umie się ubrać i zna się na sztuce a na to wszystko umie w internety, programowanie i inne trudne sprawy. No i chodzi do pracy. Codziennie chodzi. I pracuje po kilkanaście godzin dziennie. Podliczcie sobie teraz pod kreską co to oznacza.

Pytanie z wspomnianego artykułu wstępnego brzmi: „Co ty byś zrobiła gdybyś nie musiała pracować? Byłabyś jak Marissa?” Hell, no! Natychmiast rzuciłabym tym wszystkim w piździec i baja bongo!

To nie jest kwestia ambicji i potrzeby samorealizacji, albo ich braku. Bo mylne jest założenie, że można je realizować tylko w pracy zawodowej, a gdzie indziej już nie. Że praca to jest jakiś lepszy i słuszniejszy sposób pożytkowania czasu i energii życiowej. Że jak pracujesz to jakiś taki jesteś bardziej. Oczywiście jak ktoś lubi, to proszę, proszę.

Świat jest taki wielki, tyle rzeczy można ze sobą zrobić, możliwości są nieskończone. A ja miałabym chodzić do pracy i sprzedawać swój czas (którego mam coraz mniej, nie więcej) za pieniądze, które nie są mi już potrzebne?

Jest mnóstwo książek, których nie zdążyłam przeczytać, lista rośnie, nie nadążam za kulturą w ogóle. Po pierdylionokroć wolałabym się zająć tym zamiast siedzieć w biurze po 14 godzin dziennie. Mogłabym w tym czasie nauczyć się w końcu porządnie hiszpańskiego. I pojechać do Włoch na kilkumiesięczne wakacje kulinarne, jak pani z filmu i nauczyć się kulać nudle jak Donna Mia Babaryba. A potem powtórzyć to samo w innych krajach, bo jak już wspominałam, życie Makłowicza jest obiektem mojej zazdrości. Albo mogłabym ciężko pracować na lodowisku i nauczyć się tego wszystkiego, czego nigdy nie nauczysz się bez dupogodzin. I potem sobie pojechać w programie sama przed sobą, a co! „Życie mogłoby być takie pikne, takie straśnie fajne!”

Chłopa zawsze dziwi, dlaczego ktoś zarabiający miesięcznie 3 miliony czegokolwiek, pracuje dłużej niż rok. I tu jest pies pogrzebany, bo tak to chyba jest urządzone, że ten kto tego nie rozumie nigdy tak zarabiać nie będzie. Jeśli jesteś kimś komu „chce się” zarobić pierwsze miliony, to jesteś też kimś kto na tym nie będzie chciał poprzestać.

Autorkę następującego po historii Marissy felietonu dziwi natomiast, że ktoś (kobieta) może nie chcieć pracować. Trudno nie zgodzić się z tym, że zarabiane pieniądze gwarantują niezależność, i że ciężko zacząć je sensownie zarabiać nagle, w momencie w którym zajdzie potrzeba. Tego nie obejdziemy. Reszta nie trafia do mnie nijak. Nie czułam się bardziej pełna chodząc do pracy, teraz nie czuję się niekompletna. To nie jest jedyny sposób na podtrzymanie umysłu przy życiu. Ludzie. Tak, hmmm, no czasem w tej kwestii minusy przewyższają plusy a większość z nas nie poznaje w pracy w kółko nowych ludzi. Praca sprawia, że możesz się czuć w czymś świetnym. Ja się czuję świetna w czytaniu książek, nie potrzebuję żeby mnie szef klepał po plecach żeby czuć że żyję. Mogę sobie znaleźć mnóstwo przyjemniejszych wyzwań, do zrealizowania w dogodniejszy sposób.

I tak, wydawanie całej pensji na opiekunkę dla dziecka jest dla mnie bez sensu. Bo to nie załatwi najcenniejszej waluty – czasu. Jeśli cała twoja pensja pójdzie na opiekunkę, to nie zostanie już nic, żeby zapłacić komuś za zajmowanie się tym wszystkim czym zajmujesz się w międzyczasie będąć w domu, a czego od opiekunki wymagać nie możesz. Praniem, sprzątaniem, wychodzeniem z psem, robieniem obiadu, rachunkami, zakupami, głupim wyładowywaniem zmywarki, wizytą u lekarza i całą resztą. Więc w układzie „pensja na opiekunkę” zyskujesz de facto brak pieniędzy i bonusowo brak czasu, a w nadmiarze stresu i frustracji. Tyle wygrać!

A na koniec, jak już jesteśmy przy czasie, to co ona ma jakiś czasozatrzymywacz? Teleporter? Ta Marissa znaczy się. Po pierwsze śpi 5 godzin na dobę. Czyli nie śpi, klasycznie. Wstaje między 7 a 7.30, więc niech już będzie, że o tej siódmej i sobie ćwiczy. A od 8 do 9 zajmuje się domem – sprawunki, prasowanie, rachunki. W pracy jest około 9. Kiedy się prysznicuje po tym bieganiu, kiedy się maluje, stroi, je cokolwiek i jak dostaję się do pracy nie wiadomo. Jak to wszystko doliczysz to czasu na sprawunki jakby nie ma. Jest minus-czas. Do 18 pracuje, a potem pracuje przy komputerze odpisując na maile. Niech będzie, że do 19. A potem wraca do domu i… Nie, nie zgadliście, nie pracuje. Ćwiczy, a następnie pracuje odpisując na maile. To tak liczmy, że do 21, optymistycznie. A spać chodzi między północą a drugą. Może wtedy ma te 3 godziny, żeby poszaleć i zjeść śniadanie, ubrać się na rano i być jak pan co ma bardzo dobre połączenie i wstaje rano za piętnaście trzecia, latem to już widno. I może wtedy sprawdza co nowego w modzie i sztuce, na których się ponoć zna. Ja niestety wtedy wentyluję mózg albo śpię, co za pech!

Dla większości z nas to tylko czysto teoretyczne rozważania, mocno abstrakcyjne. Ale coś tam jednak o nas mówią. Ja nie czekałabym tak długo, powiedziałabym pas kilkaset milionów wcześniej. Za dużo we mnie hedonizmu, za mało protestanckiego etosu pracy. A do tego najbardziej na świecie cenię sobie święty spokój. Ja wybieram „chłodne piwko w cieniu pić”, jak Rysio Rynkowski.

A ty?

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” albo zostaw komentarz. Dzięki! 🙂

Zdjęcie: rawpixel on Unsplash