Przez większą część życia Poli nie wiedziałam tak naprawdę ile zjada. Przez rok karmiłam ja piersią, więc wypijała ile chciała a ja nie mam pojęcia ile to było mililitrów. Potem zaczęliśmy przygodę z BLW i tutaj też długo ciężko było powiedzieć ile jedzenia trafiało do jej brzucha a ile na krzesło/fartuch/podłogę/do psa. Przez cały pierwszy rok mała jadła tyle ile chciała i widocznie tyle ile potrzebowała. A my nie byliśmy tego w stanie zweryfikować, po prostu musieliśmy jakoś żyć z tą nieświadomością i zaufać, że dziecko wie co robi.

No i wiedziało, bo rosło jak trzeba, bez ubytków, rozwinęło się jak ta lala.

Powiedzieć, że mała jadła wszystko byłoby nieprawdą. Ale większości rzeczy dawała szansę i akceptowała je częściej niż odrzucała. Szybko wyklarowała się jednak lista rzeczy najbardziej ulubionych i tych ignorowanych, jeśli nie pogardzanych. I trafiły na nią rzeczy, które kiedyś tam wcześniej jadła, ale z jakiegoś powodu straciły w jej oczach. Pomimo tego, że od samego początku miała urozmaiconą dietę, nie oszczędzałam jej przy niczym, co my to i ona (w granicach jej możliwości oczywiście). Praktycznie żadna z rzeczy, które gotuję w domu nie jest dla niej nowością. Jadłam tak samo w ciąży, tak samo karmiąc piersią i tak samo później. Wszystkie składniki już kiedyś były. Jedne częściej a inne rzadziej, ale były. I za którymś razem po prostu przestawały podchodzić. Teraz co i rusz okazuje się, że serwuję rzeczy, które nie smakują.

I już, już miałam się zacząć martwić. Że może i je, ale jednak i tego i tego i tamtego nie, a niektórych rzeczy za dużo. Że pewnie jej brakuje tego i tamtego. Już, już miałam zacząć się fiksować na niechęci do buraka, bez którego NIE DA się żyć. Już, już miałam bać się, że doprowadzi swoje zdrowie do RUINY bo ma w poważaniu paprykę. Ale nie zdążyłam, bo przypomniałam sobie, że przecież nie ma powodu się tym martwić. Zamiast się zadręczać, że nie je tego i owego powinnam po prostu odpuścić. I cieszyć się, że ciągle rośnie jak trzeba.

Jeszcze zanim odstawiłam Polę od piersi zaopatrzyłam się w książkę Moje dziecko nie chce jeść Carlosa Gonzaleza. Żeby zawczasu rozwiać wszelkie wątpliwości, żeby nie dać się wpędzić w jakąś dziwną pułapkę prawd „od zawsze” i fiksacji na punkcie jedzenia. Poddanie się temu musi być szalenie męczące, bo to temat, który nigdy nie zasypia, jedzenie jest CAŁY czas na tapecie.

Książka doktora Gonzaleza (pediatry) rozwiązuje problem, który to my opiekunowie mamy w głowie. Nie problem z dzieckiem, bo takowego nie ma. To nie jest książka o tym co zrobić z dzieckiem, które „nie chce jeść i nic nie je”, tylko o tym co zrobić ze sobą i swoim podejściem.

„Idei niezmuszania dziecka do jedzenia, która jest centralną osią tej książki, nie należy więc rozpatrywać w kategoriach „sposobu na zaostrzenie apetytu”, lecz należy pojmować jako wyraz miłości i szacunku dla naszego dziecka. Jeśli przestaniemy je zmuszać, będzie jadło dokładnie tyle samo, co dotąd, unikniemy jednak cierpień i walk, które do tej pory towarzyszyły posiłkom.”*

Nie mam problemu z tym, że moje dziecko nie je wszystkiego i że wiele rzeczy jej nie smakuje. Nie boli mnie to, że nie zjada tego co przygotuję. Nie myślę, że jej odmowy są w jakikolwiek sposób skierowane przeciwko mnie. Nie uważam, żeby to były próby stawiania na swoim, robienie na złość ani jakiekolwiek inny wymyślne tortury uknute w małej głowie.

Ale jeśli notorycznie wybiera się tylko kilka produktów, nawet zdrowych to może jednak jest szansa, że nie wszystko co trzeba sobie dostarczymy? Tylko taka mała obawa kiełkowała jeszcze w mojej głowie, ale postanowiłam i z niej zrezygnować. Podobno „dzieci potrafią dbać o zdrową dietę pod warunkiem, że damy im do wyboru zdrowe produkty, (…) w dłuższej perspektywie [dziecko] będzie się żywić odpowiednio.”* Podaję, uparcie podaję i uparcie nie zachęcam i nie zmuszam. Po prostu oferuję, daję do wyboru rzeczy zdrowe i godzę się z tym, że to wszystko co mogę i powinnam zrobić.

Powiecie, że łatwo się pogodzić z tym wszystkim, dopóki dziecko w ogóle coś tam jednak je. Ale co kiedy „ono nic nie je!”? Doktor Gonzales mówi, że „dziecko, które nie je, różni się od „dziecka, które nie je„, tym że pierwsze z nich traci na wadze a drugie nie”. To raz. A dwa, w książce jest obszernie wytłumaczone dlaczego rodzicom może wydawać się, że ich dziecko nie je a wcale nie jest to prawdą. Ma to wiele wspólnego z tempem rozwoju w różnych etapach dzieciństwa, tym CO dajemy dziecku, naszymi nierealnie wysokimi oczekiwaniami odnośnie ilości i tak dalej.

Ostatecznie, jeśli chodzi o jedzenie i dzieci, to jest to ten gatunek sytuacji, której nie zmienisz, więc musisz się z nią pogodzić. Jak nie chce to nie zmusisz, ani nie namówisz i cześć pieśni. Możesz tylko walczyć bez skutku i zamienić posiłki w cykliczną udrękę. Nie tak łatwo stać się niedożywionym, nie tak łatwo. Dla spokojnego sumienia mamy wagę i badania, jeśli są w porządku, to jest w porządku. Musimy uwierzyć na słowo Gonzalezowi, którego dzieci już dorosły i mają się świetnie, pomimo tego, że nie jadły. I wyciągnąć wnioski z obserwacji tych dzieci, które „nie jedzą” gdzieś w okół nas a jednak ciągle żyją.

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” albo zostaw komentarz. Dzięki! 🙂

Wszystkie cytaty: Carlos Gonzalez, Moje dziecko nie chce jeść, wyd. Mamania. Gorąco polecam!