W grupie na studiach mieliśmy koleżankę totalnie niezainteresowaną literaturą; z książek to głównie podręczniki i obowiązkowa lista lektur. Resztę miała w poważaniu. O tyle dziwne i nie na miejscu, że nasz kierunek miał w nazwie „literatura”. Gdy wracaliśmy z zajęć, z jakiegoś powodu pojawiła się w naszej rozmowie. Akurat byliśmy świeżo po tej rewelacji, że książki są dla niej stratą czasu i tak na czyjeś „ciekawe co teraz robi” odpowiedziałam, że na pewno nie czyta książek. Ogólną wesołość przerwał nam obcy pan w tweedowej marynarce.

„A szkoda, bo książki czytać warto.” Pewnie uznał, że koncept czytania jest dla nas tyleż zabawny, co bezsensowny. Czyli zupełnie nieprawdziwie. I co ja teraz? Będę biec za obcym chłopem, żeby mu powiedzieć, że zgadzam się z nim w całej rozciągłości? Żeby sobie czasem nie pomyślał o mnie inaczej? No nie będę. Niech sobie myśli. Trudno. Może w jego wersji wydarzeń byłam dziewczyną, dla której czytanie książek jest głupie, a dla nas wszystkich jest zabawne, że ktoś mógłby poświęcać im czas. Czy mnie to boly? Ani trochę.

Serio ma mnie boleć, że obcy człowiek sobie coś pomyślał o mnie? Jeśli to nie jest prawdą, to dlaczego ma mnie to obejść? A jeśli jest prawdą i boli mnie ocena innych, to może czas zmienić swoje zachowanie i osobę? Może to znaczy, że jednak nie jestem pewna tego, że robię dobrze?

To bardzo szlachetnie, postanowić, że nie będzie się nikogo oceniać, ale nie wiem jak bardzo wykonalne. To jest walka z wewnętrznym wiatrakiem; ludziom potrzebne są uproszczenia i stereotypy, żeby mogli jakoś funkcjonować w świecie, w którym wszystkiego jest pierdyliard i trochę. Zanim zdążysz przywołać się do porządku i tak już sobie swoje pomyślisz. Nie wykasujesz tego wszystkiego, co już widziałeś i co już wiesz. Twoja intuicja, emocje i skojarzenia i tak się wypowiedzą. A z tego natychmiast buduje ci się w głowie jakiś obraz, jakaś opinia. Tak działa człowiek. Tu się nie ma czemu dziwić i zakłamywać rzeczywistości.

Gdy stoję w kolejce i mój wzrok zabłądzi do czyjegoś koszyka, to czasem sobie pomyślę to i owo. Jak słyszę wymianę zdań obcych ludzi, to też często nie pozostaję obojętna. I owszem, jak widzę trzymiesięczne dziecko sadzane na kolanach i częstowane lodami, to myślę sobie WTF. Tylko co z tego?

Pomyślę sobie coś o kimś nieznajomym i najczęściej zaraz wyrzucam z pamięci i te myśli i tę osobę, bo muszę zrobić miejsce dla rzeczy ważniejszych. Takich jak zastanawianie się w jakim stroju wystąpiłabym w programie krótkim na olimpiadzie albo czy mamy w domu ziemniaki. A czasem coś zapamiętam, bo było to ciekawe, dziwne, inne, albo właśnie stereotypowe do bólu. Zapamiętam, bo jest żywym przykładem na to co gdzieś przeczytałam albo usłyszałam.

Mamy prawo dziwić się wyborom innych ludzi. Takie myśli siedzą sobie cichutko w głowie; komu zrobią tam krzywdę? Przecież nie pójdę za jedną czy drugim i nie będę im mówić co o nich myślę i co mają robić i jak wyglądać. Po pierwsze dlatego, że mnie to najczęściej naprawdę nie obchodzi. Po drugie, bo to nie moja brocha co kto robi ze swoim życiem, a po trzecie nie mam misji zmieniania świata tak, żeby wszyscy byli na moje podobieństwo.

Tak, opinie innych ludzi mogą być niesprawiedliwe i nieuzasadnione. Czasem pozory nie odzwierciedlają rzeczywistości. Czasem jest zupełnie inaczej niż nam się wydaje. Jeśli kogoś poznasz, to masz szansę zweryfikować swoje, może mylne i krzywdzące, założenia. A jak nie poznasz, to już dawno się minęliście i cokolwiek zostało pomyślane pójdzie do śmietnika.

Może świat byłby lepszy, gdybyśmy wszyscy byli niewinni i otwarci jak Troskliwe Misie. No ale nie jesteśmy. Wszystko jest dobrze, dopóki potrafimy przyznać się do błędu i zmienić zdanie. Dopóki nie chcemy narzucać swoich poglądów i opinii innym. Dopóki nie wydaje nam się, że mamy monopol na prawdę. Wszystko jest dobrze, dopóki korzystamy z magicznej mocy myślenia.

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” albo zostaw komentarz. Dzięki! 🙂

Zdjęcie: NeONBRAND on Unsplash