Intensywne rodzicielstwo stało się normą w Ameryce, głosił tytuł.* Pomyślałam, że to fantastycznie i że nie wierzę.

Wyobraziłam sobie przede wszystkim czas i energię poświęcaną dziecku. Stawianie na wspólne zabawy i wspólne poznawanie świata. Czas na rozmowy, czas na skupienie się na dziecku. Dużo czasu na bycie razem – intensywnie, quality time a nie jakieś tam kanapeczki. Czyli dobrze, słusznie i chwalebnie. Otóż, nie bardzo. Okazało się, że intensywność nie polega (tylko) na tym co miałam na myśli.

Intensywne rodzicielstwo naszych czasów to kalendarz dziecka wypełniony po brzegi zajęciami dodatkowymi. To tych zajęć organizowanie, obsługiwanie i finansowanie. Zabawa z nadzorem i scenariuszem, żeby nie marnować czasu. Ale żeby nie było – również częste rozmowy, zwracanie uwagi na uczucia, cierpliwe tłumaczenie. Czyli i dobre rzeczy; chociaż przy spojrzeniu na CAŁE społeczeństwo to i to ma ciemną stronę…

W złotych czasach w Stanach wystarczyło skończyć szkołę średnią i co byś potem nie robił, to starczało żeby być w klasie średniej, którą stać na bardzo wiele i żyć sobie na dobrym poziomie. Ale czasy jak to czasy, się zmieniły. Nie dla wszystkich dom z pięcioma sypialniami, nie dla wszystkich Disneylandy, nie dla wszystkich dentysta.

Więc trzeba zapierdalać od małego, żeby cię zechcieli przyjąć do szkół wyższych z prawdziwego zdarzenia, tych które przekładają się na prawdziwie wysokie zarobki. Żeby wdrapać się do, albo co częstsze, nie wypaść z grupy tych, którym w życiu się udało.

To, że najbogatsze grupy stać na więcej to żadna zmiana czy nowość. Ale kiedyś trzeba było się bardzo postarać, żeby nie mieć komfortowego życia i poczucia bezpieczeństwa. Komfort i poczucie bezpieczeństwa. Ciężko nie chcieć takiego „sukcesu” dla swoich dzieci. Dopóki masz na wszystko to fajnie się gada, że pieniądze nie są ważne; ale nikt nie chce, żeby jego dzieci miały gorzej.

Ci, których stać na to emocjonalnie i finansowo poszli w intensywne rodzicielstwo, a reszta nie chce być gorsza. No ale chce czy nie chce, gorsza być musi. Nie spędzanie każdej minuty przy dziecku, nad dzieckiem i dla dziecka jest aktualnie bardzo niepożądanym modelem wychowawczym w USA. No bo jak to? Nie zależy ci na jego rozwoju, przyszłości, na zapewnieniu mu szansy na dobre życie?

Potrzeba intensywnego rodzicielstwa przenosi się na wszystkie niższe klasy społeczne, wszak wszyscy chcą przecież dobrze. Wszyscy uważają, że ten model wychowania jest najlepszy, ale przecież wymaga środków takich jak czas i pieniądze, więc naturalnie rodzi to frustrację. „Bieda nie tylko zmniejsza możliwość płacenia za lekcje muzyki, ale jest też głównym źródłem stresu, który może wpływać na poziom energii, uwagi i cierpliwości w stosunkach rodzic-dziecko.”*

Ameryka to osobny rozdział, fakt. Biorąc pod uwagę brak płatnych urlopów macierzyńskich, brak łatwo dostępnej opieki dla dzieci, opieki medycznej i tak dalej, nic dziwnego, że gorzej sytuowani mają i mniej czasu i mniej pieniędzy na te wszystkie wzbogacające rzeczy. Jak tu myśleć o graniu na fortepianie jak nie masz na lekarza.

Skąd mieć chęci, siłę i cierpliwość, żeby mówić do dzieci tak jakby chciało się mówić. Żeby słuchać ich tak, jakby chciało się słuchać. Żeby analizować, wymyślać, dyskutować, dowiadywać się. Zostajesz sam, z maleńką myślą, że byłoby warto; myślą przygniecioną rzeczywistością i jej wymaganiami, od których nie ma ucieczki. Jak wprowadzać wtedy w życie coś tak wymagającego jak intensywne rodzicielstwo?

Choć Cornell University zbadało amerykańskie realia i rodziny, to wzory zachowań i płynące z badań wnioski można przyłożyć też do innych krajów, nie tylko Stanów. Rodzice wszędzie chcą dla swoich dzieci jak najlepiej. Ludzie wszędzie nakręcają wyścig po zera na koncie. Biedni nigdzie nie mają łatwiej i lepiej.

Przeładowywanie dzieciom dni zajęciami dodatkowymi jest przerażające, a smutne, że wynika to ze strachu o przyszłość. Zamienianie się w kierowcę, trenera, nauczyciela i poganiacza własnego dziecka też brzmi średnio. Tak rozumiane intensywne rodzicielstwo wcale a wcale mi się nie podoba. To produkowanie modelowych właściwie nie wiem kogo, obywateli chyba nie, jednostek kapitalistycznego systemu?

Nie ma nic złego w poświęcaniu dużej ilości czasu swojemu dziecku, w poświęcaniu mu uwagi. Ale to ma być czas dla niego, czas dla was. A nie przeznaczony na rozwożenie i pilnowanie czy dzieciak wystarczająco szybko płynie, czy aby nuty nie pomylił, czy już opanował alfabet chiński i na robienie za niego modelu wulkanu przez trzy godziny, podczas gdy ono patrzy i sobie myśli kaj jo je?

Intensywne rodzicielstwa nie wypuszcza w świat szczęśliwych ludzi. Produkuje takich, którzy odnoszą sukcesy. A to jednak różnica…

Mama, are you shitting me with this? 😉

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” albo zostaw komentarz. Dzięki! 🙂

*Intensive parenting