Każdy lubi sobie czasem ponarzekać na swoje położenie i poużalać się nad sobą. Wygłosić wszystkie swoje pretensje i opowiedzieć o problemach pierwszego świata. No i spoko, bywa. Czasem lepiej wyrzygać żale i po prostu sobie pogderać, niż się z nimi męczyć. Jeśli na tym koniec, no to cóż, zapominamy i jednak jakoś żyjemy dalej, chociaż już się miało nie dać.

Na co dzień każdy ma pod ręką żale swoje i te od najbliższych, bo związki zobowiązują. Przyjaciela wysłuchać trzeba, ale po co zaznajamiać się w wolnym czasie z cudzymi marudzeniami? Potaplać się w mieszance czyjejś goryczy, frustracji i biadolenia – achhh jaki człowiek z tego wychodzi odświeżony, jaki pokrzepiony.

W czym ma pomóc komukolwiek stwierdzenie, że się nie da i że olaboga i że rodzicielstwo to za dużo i nie da się tego ogarnąć? Zamiast rad jak robić rzeczy łatwiej, szybciej, przyjemniej, skuteczniej powtórzmy po raz milionowy, że kawa nie wypita i już piąty rok nie mam czasu umyć włosów.

Poczytasz sobie takie narzekania, że komuś jest ciężko, że wszystkiego za dużo, że przejebane, i co dalej? Natchniona tą nowo zdobytą wiedzą zrezygnujesz z części pakietu rodzicielstwo, żeby było łatwiej i żeby odzyskać trochę czasu? A nie, czekaj, nie da się. Ach, gdyby tylko było to wiadomo wcześniej, gdyby tylko!

Przyznawać się zatem wszyscy, wszyscy ustalmy że się nie da i… No i co, skoro większość rzeczy i tak trzeba? No fajnie by było mieć zaczarowany ołówek, czasowstrzymywacz albo Mary Poppins za darmoszkę i na każde zawołanie. Fajnie, fajnie ale tu się toczy życie. Życie niemagiczne, i ono nie zwolni, nie poczeka. Dalej musisz to co musisz, więc nie zmieniło się dla ciebie NIC. Że inni też się męczą i źle czują? Jak to ma mi pomóc? Nic nie zmienia się od tego na lepsze. Pokisisz się w cudzych żalach i wracasz do punktu wyjścia. Ja chcę mieć taką dojną krowę jak sąsiad, a nie żeby jemu też zdechła!

Druga strona medalu jest taka, że są ludzie którzy nie potrafią niczego odpuścić, i nawet nie przychodzi im do głowy że można by było. I oni faktycznie mają wszystkiego za dużo, potrafią sami na siebie kręcić baty, nie tylko w rodzicielstwie. Ale im też bardziej przyda się eye-opener niż klepanko w plecki, że tak to już jest i przejebane być WonderWoman.

Narzekanie jest dobre, jeśli jest pierwszym krokiem do zmiany. Jak powiesz na głos, konkretnie, co jest do dupy, to łatwiej zacząć zastanawiać się nad tym dalej i głębiej. Czy na pewno, dlaczego i co z tym zrobić? A potem szukać rozwiązań. Tam gdzie je dają, nie tam gdzie biadolą.