Wychowywanie dziecka bez ekranów* budzi wielkie kontrowersje. Jak zresztą wszystkie inne rodzicielskie ideały. No bo jak to może być, że ktoś podważa odwieczny (a właściwie pięćdziesięcioletni) porządek. I gmera przy oczywistościach, szukając dziury w całym. Faszysta jeden, całą przyjemność w życiu dziecku odbiera, dzieciństwo całe. I pewnie jeszcze daje mu jarmuż do jedzenia. Tfu!

Ja gmeram tylko trochę, jedną nogą. Są rzeczy, których nie mogłabym odpuścić, ale o wszystko walczyć nie będę, wyszło jak wyszło – moje dziecko ogląda z tatą Śpiewanki przez 20-25 minut dziennie. Siedzi mu na kolanach, teraz już sama sobie wybiera które puścić, coś tam komentuje. Nie siedzi przez pół godziny bez ruchu, z otwartą gębą i cieknąca śliną, nie wygląda to tak źle.

Nie ma problemów z koncentracją, nie ma problemów ze spaniem, nie ma problemu kiedy kończymy, nie domaga się ich cały czas, są dni kiedy nie ogląda wcale. (Najbardziej boli mnie to że kanał śpiewanki.tv, który jest estetycznie i muzycznie zadowalający, już się trochę znudził i doszedł drugi, taki bardziej, że grafik płakał jak projektował.)

Mała jest z nami w pokoju kiedy oglądamy wiadomości albo Przyjaciół, czasem zerknie. Jak po 21, pomimo ciszy i ciemności nie chce zasnąć, to ja się poddaję, ogląda z nami pana, który podróżuje po świecie albo cokolwiek co nie grozi złymi scenami; najczęściej nie jest to nasz pierwszy wybór…;). Ogląda to za dużo powiedziane, bo głównie się kotłuje po kanapie i szaleje, czasem popatrzy. Z dziadkiem, który pokazał jej teledysk do Na Wojtusia z popielnika też nie walczyłam, ale szybko zostało ustalone, że więcej piosenek to dziadek w telefonie nie ma.

Pokazałam jej też na yotubie jak wygląda szermierka w akcji, bo w książce był tylko rysunek „siejmiezia”, bardzo fascynujący. I oglądamy razem mistrzostwa w łyżwiarstwie. A jak będzie olimpiada to i olimpiadę, bo ja bardzo lubię!

Czy uważam, że wieczorne oglądanie Śpiewanek jakoś specjalnie ją skrzywdzi? No, nie. Ale nie uważam też, żeby było jej to potrzebne. „Czyta” jak opętana, rysuje, tańczy, śpiewa, bawi się analogowymi zabawkami. Skoro cały dzień robi inne rzeczy, to te 20 minut piosenek o babie co miała koguta, o witaminkach i myciu zębów chyba jej mózgu nie zlasuje. Choć, gdyby to zależało tylko i wyłącznie ode mnie, to zaczekałabym z tymi atrakcjami.

Jej dzień jest tak wypełniony rozmaitymi rzeczami, że nie widzę momentu kiedy miałaby do tego jeszcze sama obcować z ekranami i myślę, że nie jest jej to do niczego potrzebne. Więc absolutnie rozumiem rodziców, którzy chcą i potrafią wychowywać swoje dzieci bez ekranów. Ja to szanuję. A może nawet podziwiam. Do pewnego wieku widzę w tym sens.

Ja nie potrafię, bo nie chcę sobie sama odmawiać przyjemności obejrzenia wiadomości i Kuchennych Rewolucji.

Zastanawiam się, jak bardzo zasadny jest argument, że skoro nie pozwala się dziecku w ogóle obcować z ekranami to i samemu się nie powinno. Czy to faktycznie hipokryzja? Jest wiele rzeczy, które dorośli robią a dla dzieci się nie nadają. Podwójne standardy nie są niczym niespotykanym – alkohol szkodzi, więc dzieciom go nie dajemy, co nie zmienia tego, że sami używamy. Więc jeśli ktoś uważa, że czas przed ekranem dzieciom szkodzi, to działa ta sama zasada. Jak jesteś dorosły to masz więcej instrumentów do radzenia sobie z tym co przyjemne ale w dużych ilościach niezdrowe.

Nie planuję wychowywać amisza, zresztą Pola już nim nie jest. Każdy ma swoje granice w tym temacie. Dla mnie bezekranowy pięciolatek jest ok, ale czy dziesięciolatek też nigdy, nic? Nie wyobrażam sobie dwunastolatka, który nie umie w internety i komputery. Nie będziemy zaklinać rzeczywistości. Na wszystko jest i czas i miejsce. Jakoś w końcu każdy będzie musiał w technologię i ekrany wejść. Nauka używania ich zajmie dzisiejszym dzieciom pewnie jakieś pół godziny; nauka używania jej z głową, dużo dłużej.

Tak, oglądałam wieczorynkowe Muminki i Brygadę RR i pamiętam, że to był miły moment. Tak jak Ciuchcia i Pan Tik Tak. Od drzwi rzutem na kolanach, pod telewizor, bo ledwo zdążałyśmy z mamą we wtorek. Nie miałam wtedy co prawda dwóch lat, i była to cała oferta dla dzieci. Naprawdę nie dużo, nie szło przedawkować.

Amigę dostałam w pierwszej klasie podstawówki, telefony robiące coś poza dzwonieniem nawet nie istniały w mojej wyobraźni. Nie mieliśmy kanałów tylko dla dzieci, nie mieliśmy youtuba. I dodam jako zgred – bajki były inne. Niektóre współczesne wytwory to kakofonia dźwięków i obrazów w tempie takim, że dorosły może ochujeć. Jak widzę Sponge Boba to dostaję torsji.

Tak, teraz mamy inne czasy. Teraz bez ekranów jak bez ręki, nie można nie umieć w te sprawy. (No dobra, można, ale nie jest to rozwiązanie dla większości społeczeństwa.) Teraz mamy inne czasy. Teraz ekrany są WSZĘDZIE, a kiedyś nie było potrzeby się przed nimi bronić, kiedyś nie było konieczności ich używania. Taki paradoks.

Ekrany gwarantują spokój i ciszę, rozumiem. Może gdyby moje dziecko siało chaos i zniszczenie dwa-cztery-na-dobę to potrzebowałam takiej ulgi. Nie sieje, więc nie korzystam. 15 albo 30 minut oglądania i świętego spokoju to nie koniec świata. Tylko, że z wygody ciężko się rezygnuje, takie rzeczy lubią się przeciągać.

Nie przeszkadzają mi analogowe dzieci. Szkoda mi za to tych zalewanych przez technologię i elektronikę od maleńkości. Niech ekrany nie robią za nianie, zwłaszcza dla najmłodszych. Niech nie zabierają dzieciom czasu, który mogą poświęcić na inne rzeczy. I tyle. Jak już spędzą multum godzin na czytaniu, rysowaniu, klockach, układankach, zabawach, spacerowaniu, towarzyszeniu rodzicowi, budowaniu z nim więzi to pół godziny z bajką będzie tylko ułamkiem, dodatkiem. Może i nie koniecznym, ale raczej też i nie szkodliwym.

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” albo zostaw komentarz. Dzięki! 🙂

*Przez ekrany, na potrzeby tego wpisu, dla ułatwienia, rozumiem bajki, telewizję, netflixy, youtuby, komputer, telefon, tablet i całą ewentualną resztę.