Nie wiem czy są rodzicie, którzy na prawdę nigdy nie wymagają od dzieci posłuszeństwa. Jeśli tak, to chyba nie chciałabym tego widzieć. Klasyczny przykład z wybieganiem na ulicę – tu chyba możemy liczyć na solidarność wszystkich rodziców w kwestii posłuszeństwa, nikt nie stawia na niezmuszanie / przekonanie się na własnej skórze jak to będzie. Ale z resztą życia to już różnie.

Dziecko z piekła rodem

Kiedyś gdy asystowałam przy sesji zdjęciowej z udziałem maluchów pojawił się prześliczny czterolatek. Szybko okazało się, że jest dzieckiem z piekła rodem a chwilę później okazało się dlaczego.

Nie wymagano od niego ani posłuszeństwa ani niczego innego. Mama nie reagowała prawie na nic, a jak reagowała to tak, że ja nie wiem czy on ją w ogóle był w stanie usłyszeć. Nawet jak (specjalnie) pacnął w głowę półrocznego niemowlaka to coś tam ledwie wymruczała pod nosem. Powiedzieć, że wchodził jej na głowę to nic nie powiedzieć.

Widziałam ich tylko kilkadziesiąt minut, więc ciężko twierdzić coś o ich relacji, historii i wychowaniu. Ale przez ten krótki czas zdało się, że mały rozniesie całą kawiarnię i wszystkich w okół. A reakcji nie było prawie żadnej. Ani żądań, ani ultimatum, ani zachęty, ani rozmowy, ani wyciszania no kurna nic oprócz jałowego nie kop pani bo się spocisz.

Ja rozumiem, że nie wszyscy reagują tak samo, że nie wszyscy stosują te same metody. Ale żeby po prostu nie reagować i nie stawiać żadnych granic? Czyli może jednak widziałam jak to wygląda, kiedy naprawdę nigdy nie wymaga się od dziecka niczego…

Bo JA tak mówię

Chcielibyśmy, żeby dzieci nas słuchały cały czas. No chcielibyśmy. Bo tak jest wygodniej i szybciej. Ale z drugiej strony chcemy też żeby dzieci wyrosły na pewne siebie i asertywne. Tylko jak mają się tego nauczyć, jeśli wymaga się od nich bezwzględnego posłuszeństwa? Jak uczyć dziecko myśleć krytycznie a jednocześnie oczekiwać, że będzie bez mrugnięcia okiem robić co mu się powie?

Posłuszeństwo to śliski temat. Jeśli nie kwestionujemy obowiązkowego posłuszeństwa to grozi to srogim nadużyciem z naszej strony. Sorry, ale człowiek jest leniwy i wygodny. A kazać jest najszybciej i najprościej. Oczywiście, jeśli dziecko słucha. Po co tłumaczyć, po co przekonywać, po co zastanawiać się co stoi za zachowaniem dziecka, po co szukać alternatywnego rozwiązania skoro można powiedzieć „nie rób” i dobre.

Zasłaniamy się zasadami i autorytetem ale czy wszystko czego żądamy i wymagamy od dzieci wynika z ważnych powodów, czy na pewno ma sens? Czy aby na pewno? Jak często jest to po prostu nie bo nie, tak bo tak, bo ja tak powiedziałem

Czasem człowiek (rodzic) się po prostu usra, że ma być po jego myśli. Bo powiedział już trzy razy, a tu nic i wtedy zaczyna się walka, kto postawi na swoim. A wtedy jest czas na STOP i chwilę zastanowienia. Ile jest tak na prawdę nienegocjowalnych, nienaruszalnych zasad? Jak często można coś załatwić inaczej, jak często można coś zmienić, jak często można się dogadać, ale wygrywa „ja tak mówię i koniec”? Nie za często?

Za każdym zachowaniem dziecka stoi jakaś potrzeba.

Jeśli uznajemy, że robi coś z czystej złośliwości i na paskudę, to żądamy i każemy. Jeśli uznamy, że dane zachowanie jest tylko manifestacją jakiejś niespełnionej potrzeby, to możemy dotrzeć do źródła i może uda się bez wojny i dramatu. Najgorzej jeśli, jak mama pięknego czterolatka, nie robimy nic.

Czy to proste, tak o, przestać kazać i się upierać i zamiast tego zacząć zastanawiać się jaka potrzeba stoi za niechcianym zachowaniem dziecka? Wcale. Pewnie, że nie zawsze się chce. Dociekać, przystanąć, pytać. Nie zawsze jest siła, nie zawsze jest czas. Ale walka z dzieckiem też nie jest prosta i szybka, a do tego mało przyjemna.

Z drugiej strony co kiedy wiesz, że wiesz lepiej? Bo niestety, czasem wiesz lepiej. Ja na prawdę często wiem, że o 12 już nie powinniśmy iść na drugi plac zabaw tylko do domu. Bo baterie małej już mrugają wyczerpaniem, ale ona się jeszcze świetnie bawi. I nie kuma, że stamtąd jest daleko i że powrót może być bolesny.

Ale nie oczekuję, że ona pójdzie z uśmiechem. Że będzie z tego zadowolona, że nie będzie chciała walczyć o swoje. Że nie będzie się opierać. Że w tej kwestii natychmiast posłucha, bo ja tak mówię. Mogę nie spełnić jej chęci i ją o tym poinformować. Nie mogę oczekiwać, że tej chęci nie zgłosi. Trzy razy albo dziesięć. Namawiam, tłumaczę, przekonuję, ostatecznie pokojowo pacyfikuję.

A czasem się mylę, jak dzisiaj. I niepotrzebnie odmawiam jej jeszcze kawałka spaceru. Bo okazuje się, że dziś miała więcej energii i spokojnie mogłaby sobie jeszcze pochodzić, wcale nie padła na pysio zaraz po przyjściu jak zwykle. Dzisiaj jej potrzebą było pochodzić sobie jeszcze troszeczkę. Mama dostaje dwóję.

To nie jest pobłażliwość ani słabość, że próbuje się współpracować z dzieckiem. Że bierze się pod uwagę jego punkt widzenia i tam gdzie tylko to możliwe daje mu prawo głosu. Taka już jestem szalona, że rozmawiam i negocjuję z dwulatkiem, no co zrobisz. Nie wiem jak inaczej nauczyć ją radzić sobie z emocjami, ze sobą i z rozwiązywaniem problemów. Korona mi z głowy jeszcze nie spadła.

Inaczej się nie nauczy. Niczego.

Jestem wyznania, że lepiej jest unikać potencjalnie konfliktowych sytuacji jeśli to możliwe. Dość jest tych nie do uniknięcia, nie ma co dokładać.
Po co utrudniać sobie życie? Jeśli nie możesz zmienić dziecka, zmień otoczenie. Jeśli wiesz, że są rzeczy, którym dziecko nie umie i nie chce się oprzeć, bo są dla niego tak bardzo ważne/fajne to najłatwiej i najlepiej dla wszystkich jest zrobić tak, żeby uniknąć pokusy.

Jest mnóstwo innych sytuacji, w których dziecko musi poczekać, nie robić, nie dostaje czegoś etc. i tam może ćwiczyć tak piękne cnoty jak cierpliwość i cierpienie, że nie można tego co się chce.

Nie nauczymy dziecka szacunku i empatii nakazując i zabraniając. Ostatecznie dziecko ma nie kopać psa, nie dlatego, że tak mu każesz tylko dlatego, że zrozumiało i wie, że to złe. Oczywiście to jest zachowanie, które jest dla mnie absolutnie nie akceptowalne i jest to jeden z nielicznych momentów kiedy używam zwrotu „nie wolno”. Ale jeśli będę tylko gadać i gadać o tym, że pieska kochamy i nie krzywdzimy, a robić coś całkiem innego to myślicie, że to coś da?

Jak tu teraz żyć

Jeśli już się na coś godzisz, to musisz to przyjąć z dobrodziejstwem inwentarzem. Nie sądź, że będzie tak jak w twojej głowie. Jak się godzisz dla świętego spokoju, a jednocześnie czujesz że krew się w tobie pieni, to potem jest dupa blada. Tak jak z godzeniem się wbrew sobie na coś, czego chcą od nas inni dorośli – potem cierpisz, głównie w cichości. Bo na dorosłego nie krzykniesz, nie szarpniesz. Czekasz, czekasz, znosisz a potem żyłka pęka i jest jazda.

Czasem lepiej się na coś nie zgodzić, jeśli wiesz, że niestety tego nie wytrzymasz. Nie tylko dla swojej wygody ale i dla wspólnego dobra – lepszych stosunków i atmosfery.

Niestety, dzieci nie zawsze chcą współpracować. Nam nie zawsze się chce. Czasem słowa się kończą i mózgu brakuje. Czasem już nie wiadomo co zrobić i powiedzieć. Ale to nie powód, żeby wcale nie próbować. Jest jak jest, ale po co sięgać po nakazy i zakazy w pierwszej kolejności? Ja nie oceniam komunikatu „idziemy do domu, bo tak powiedziałam”. Ja tylko wątpię w jego skuteczność. Zwłaszcza długofalową.

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” albo zostaw komentarz. Dzięki! 🙂