Niedzielny obiad w restauracji i dwie rodziny z dzieciakami. Pierwsze głośno, dość jazgotliwie ale wszystko w trybie radość. A potem dwójka, cicho i spokojnie („grzecznie”), bo posadzona przed ekranem.

I wiecie co? Chyba jednak wolę te pierwsze. Chociaż mi osobiście ciężko to wytrzymać. Mam co prawda samozdiagnozowaną mizofonię slasz nadwrażliwość dźwiękową – innym to aż tak nie przeszkadzało. Ja w hałasie w ogóle nie umiem się skupić, po prostu czekam na koniec i odlatuję myślami. Ale! Hałas swojego dziecka to zupełnie inny rodzaj hałasu.

Może i mierzi, ale za to nie zasmuca

Nie powiem, ulżyło mi jak wyszli. Ale później zobaczyłam ich następców i pomyślałam, że jednak opcja numer jeden jest lepsza.

Niedługo potem instagram wyświetlił mi zdjęcie mojej ulubionej rodziny 5+ (plus psy!) i wróciłam myślami do telefoniady przy stole.

Zwyczajnie by mi to przeszkadzało, gdyby przy stoliku ktoś przez cały czas. używał telefonu czy innego ustrojstwa. Nie, że zerknął, sprawdził, zobaczył co to przyszło, zrobił zdjęcie i obejrzał czy aby na pewno wyszliśmy na nim przyzwoicie, tylko urządzał sobie seans, jeden na jeden. Przeszkadzałoby mi, gdyby telefon pimpolił cały czas, w trakcie kiedy jemy i rozmawiamy.

Jeden raz nie zaszkodzi?

To wcale nie jest tak, że sobie pomyślałam o ale fatalni rodzice i jak tak można. Pomyślałam tylko, że no kurdeee, duży jest ten synek, można z nim już normalnie pogadać, a on jest gdzie indziej! I że zwyczajnie szkoda tego czasu. Ten jeden raz to tak znowu wiele nie straci, tak, tak. Od jednego razu przyzwyczajenie się nie robi, jasne, ale czy to kiedykolwiek jest naprawdę jeden raz?

Ja do tej pory telefonu próbowałam użyć faktycznie jeden raz, jak poszliśmy na spacer z dziadkami i złapał nas deszcz. Mieliśmy spacerować a skończyliśmy na kawie pod parasolami – nie przygotowałam atrakcji, bo spacer i jechanie wózkiem były wtedy wystarczająco interesujące, a nie planowaliśmy posiedzenia.

Mała miała niecałe półtora roku i próbowałam jej na telefonie pokazać śpiewankę o krasnoludkach. Nie pomogło, nie zainteresowało. Wróciliśmy do zabawiania swoją osobą i tym co pod ręką. Taka to jednorazowa desperacja. Od wtedy więcej nie próbowałam, od wtedy po prostu bardziej się przygotowuję na wyjścia.

Problem w tym, co tracimy

Przede wszystkim myślę o tym, że gdybym teraz stosowała taką metodę, to co będzie jak Pola będzie miała siedem lat? Wizyta w restauracji to będzie okazja do oglądania, a nie wspólnego siedzenia, jedzenia, rozmawiania, bycia razem. Jak od początku nie będziesz próbować włączać dzieciaka w rozmowę i bycie razem, to nic się nagle nie zmieni magicznie kiedy będzie miało sześć czy osiem lat. Dziecko jest częścią rodziny, a wyjścia i posiłek to doświadczanie wspólnego życia. Dlaczego ma nie brać w tym udziału?

Nie chodzi mi teraz o to co dzieciaki oglądają i co tam robią w tych gadżetach, tylko o to co ich omija, o to co tracą. Przecież tu nie chodzi tylko o napchanie flaka- to jest czas dla rodziny, kiedy nie trzeba zajmować się niczym innym, można być tylko tu i teraz. Zresztą, na samym jedzeniu też się porządnie nie skupią, tyle żeby do paszczy trafić. A przecież jedzenie to też jest atrakcja i sztuka!

#analogowo

Dziecko, zwłaszcza małe, szybciej znudzi się gadaniem i nie zaangażuje się w rozmowę tak jak dorośli. Nie będzie dla niego tak atrakcyjna jak dla nas. A jeśli będzie, to dla dorosłych za to nie będzie. Jak idziemy sami, albo z dziadkami, to spoko, możemy sprowadzać rozmowę do ciekawej i zajmującej dla dziecka. Ze znajomymi trochę gorzej, bo nie wszystkich obchodzą śmieszne i urocze przemyślenia naszych osobistych dzieci. Po prostu, w takiej rozmowie dla wszystkich, trzeba być lepszym wodzirejem i każdego trochę dopieścić.

Po stokroć wolę cały majdan analogowych czasoumilaczy zabrany do knajpy niż telefon. (I do tego słuchawki – no fajnie, cicho, ale to już w ogóle nie ma kontaktu z bazą!) Takie rzeczy nie odcinają od świata tak jak ekran, nie pochłaniają i nie izolują. Nie wykluczają interakcji, nie zabijają kontaktu wzrokowego. Zajmują ręce, więc trzeba je wypuścić kiedy się je. Kredki, naklejki, książeczki z zadaniami, mini-gry, kilka klocków, figurki, magnetyczne układanki – nieinwazyjne i kompaktowe atrakcje.

Planowanie!

Oczywiście trzeba się przygotować, trochę w to zaangażować. No wiecie, rodzicować. Przemyśleć, zaplanować, zapakować. Zabrać ze sobą plan B. Im mniejsze dziecko, tym więcej rzeczy trzeba brać pod uwagę:

  • Są miejsca bardziej przyjazne dzieciom niż inne i warto to wziąć pod uwagę. Krzesełko na którym maluchy mogą wygodnie, samodzielnie siedzieć, kącik do zabawy a przy pogodzie ogródek do hasania – plusy nie do przecenienia.
  • Czas. Zmęczone i przegłodzone dziecko w miejscu publicznym to proszenie się o katastrofę. Są godziny na które umawiać się po prostu nie ma sensu. Trudno! Trzeba się dopasować, bo inaczejwszyscy będziemy cierpieć.
  • W domu dziecko siada, je i jest koniec. W restauracji jest inaczej, jest dużo więcej czekania i są inni ludzie, których fajnie byłoby wziąć pod uwagę. Bieganie i ruchowe szaleństwa mogą być zwyczajnie niebezpieczne. To jest jednak inne doświadczenie niż jedzenie w domu i obowiązują trochę inne zasady. Warto o tym porozmawiać wcześniej, jeśli przeczuwamy trudności.
  • Najlepiej szybko się decydować, szybko zamawiać i nie zwlekać z proszeniem o rachunek. Zwłaszcza jeśli w recenzjach widzieliśmy wzmianki o obsuwach i opieszałości – wyprawa z dziećmi to nie jest dobry czas, żeby sprawdzać czy to prawda.
  • Jestem wyznania, że nigdy nie jest za wcześnie, żeby dzieci brały udział w takich uciechach i zaznawały świata. Nie ma na co czekać.

A! No i ktoś musi dawać przykład, o tym nie można zapominać. A teraz to nawet dziadkowie nim nie świecą, umówmy się.

Idziesz z dzieckiem na obiad i oczekujesz, że w ramach swoich możliwości będzie uczestniczyć w tym wydarzeniu. Czy masz wtedy stuprocentowy święty spokój, żeby się skupić na docenianiu jedzenia i piciu tej gorącej kawy ? No nie masz. Nie mam. Dziecko mam. I skoro już przyszliśmy razem, to bądźmy bardziej razem, niż obok siebie.

A jak mam ochotę niczym nieniepokojona pokontemplować posiłek i przeprowadzić czysto dorosłą rozmowę, to niestety, dzwonię po pomoc. Ciasteczko i zjeść i mieć można tylko do połowy.

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” albo zostaw komentarz. Dzięki! 🙂

Photo by Martin Sanchez on Unsplash