Rozmyślałam ostatnio o małych despotach. Tych, co to każą rodzicowi usiąść tu a nie tam, tych co wołają „nie, TATA!” jak tylko zbliży się mama. Tych, co mogą pić mleko tylko z kubka z kotem, nie z robotem, chociaż przecież oba są takie same…

Podsumowując – rozmyślałam o wszystkich małych dzieciach. W tym i o swoim, które chce, żebym siedziała po zielonej stronie karuzeli i szła po szarym, jak ona idzie po różowym. Czarne po czerwonym, dziecko ma dwa borda a ja nie jestem po czarnym!

Nie bój, i tak się nauczy

Niezależnie od tego ile razy dziennie mówimy nie i toczymy boje, małe dzieci po części i tak rządzą naszym życiem; po prostu nie robią tego świadomie. Ja zawsze staram się dostosować do cyklu dnia Poli, zamiast wchodzić mu w paradę. Planuję tak, żeby najpierw zaspokoić jej potrzeby zanim nastąpi cokolwiek. Dziecko jest mniej elastyczne i wytrzymałe i w wielu kwestiach trzeba się do niego dostosować. Dla dobra wszystkich. Naprawdę wszystkich. Może i nie zgłasza tych żądań osobiście, ale i tak je spełniamy.

Nawet pomijając nasze własne zasady lub ich brak – dziecko i tak musi dostosować się do tego jak działa świat. Szybciej niż później przekonuje się, że żądania i chcenie nie zawsze wystarczą. Jak huśtawka jest zajęta to jest zajęta, jak auto zaparkowało tam gdzie akurat chciało koniecznie przejść to zaparkowało. Można żądać od klamerki do prania ile wlezie, żeby otworzyła się odwrotnie niż jest stworzona i się nie doczekać. Jeśli tata wyszedł do pracy pięć minut temu, to teraz już mu nie pomachasz, on już jest gdzie indziej, sorry. Każdy dzień obfituje w takie lekcje pokory. Każdego dnia świat wypina się na rozkazy i żądania małego kierownika.

Weźże odpuść!

Jest też tyyyle kwestii, w których to my decydujemy, a które jednocześnie nie mają w ogóle znaczenia. Jaki jest sens ciągle odmawiać dziecku w sprawach nieistotnych, tylko po to, żeby nie pomyślało sobie, że to ono decyduje. Że rządzi! A o to właśnie chodzi – dla maluchów to w końcu jakaś możliwość decydowania! O czymkolwiek! Czy różowe czy szare spodnie (zawsze różowe), kto poda owsiankę, którą łyżką będzie jadła i tak dalej. I dlaczego ma sobie nie pomyśleć, że coś w tym życiu od niego zależy i że może o pewnych sprawach zdecydować samo? Czy zrobi się od tego zepsute, roszczeniowe i wyrośnie na narcyza?

Jeśli na śniadanie i kolację ma być fartuszek, a na obiad śliniak to niech i tak będzie. Mogę oczywiście przynieść jej to, co ja uznam za lepsze i potem zżymać się, że „grymasi i się rządzi”. Albo mogę zapytać, który sobie życzy i wszyscy jesteśmy zadowoleni.

Spraw, w których dzieci nie mają nic do powiedzenia jest wystarczająco dużo. Nie dokładajmy więcej bez potrzeby.

Tak, ty też możesz wymagać i stawiać granice. Nawet musisz.

To wcale nie znaczy, że ma zapanować samowolka i anarchia. Są sytuacje z jednym tylko wyjściem, są terminy i umowy. I przecież wszyscy mamy jakieś zasady, jakieś stałe rusztowanie w ramach, którego się poruszamy. To właśnie powinniśmy przekazywać dziecku. A w przestrzeniach pomiędzy pozwolić i sobie i jemu na elastyczność.

Nie postuluję wcale niemówienia nie i zgadzania się na wszystko dla (pozornego) świętego spokoju. Jaki to spokój kiedy w nas się gotuje, bo wcale nie chcieliśmy się zgadzać? Zgadzanie się na wszystko, żeby tylko nie trzeba było radzić sobie z ewentualną odmową i oporem brzmi słabo, zwłaszcza jako główna „metoda wychowawcza”. Nawet jeśli wszystko znosimy ze stoickim spokojem, to unikanie konfliktu za wszelką cenę doprowadzi nas donikąd.

Wyjście awaryjne

Czasem warto pokierować losem tak, żeby konflikt po prostu nie zaistniał. Ja czasem wybieram unikanie potencjalnych zapalników, owszem. Żeby nie musieć mówić nie i żeby nie musieć zgadzać się dla świętego spokoju. Kiedy nie mam sił, ochoty i weny na akceptowanie uczuć, tłumaczenie albo zamienianie wszystkiego w zabawę. Kiedy wcale nie mam ochoty zastanawiać się co za tym wszystkim stoi. Kiedy nie umiem pamiętać, że to wszystko jest po coś. Kiedy jedyne co mam do powiedzenia to „nie, bo nie”. Kiedy wyczerpuje mi się empatia to lepiej jest przeciwdziałać. Bo potem trudno jest mi się pochylić nad absurdalnymi (tak je wtedy widzę) problemami i reakcjami.

    

Jak zawsze, wypadałoby wczuć się w sytuację dziecka i zastanowić skąd się bierze to rządzicielstwo. Co za nim stoi? Dziecko, tak jak i my, ma umyśloną wersję wydarzeń w swojej głowie, i nie wie, że nie wszyscy wiedzą jak ma być. Skoro powiedziało mama poda to czemu się go nie słucha, no? Jak ty coś od niego chcesz, to częściej niż nie, jednak to robi. No i to cudowne uczucie decydowania, choćby o najmniej istotnych sprawach. Skromna, ale jednak sprawczość.

Jak zawsze, przegięcie i w jedną i w drugą stronę nie uczy niczego dobrego. Nie zamieniajmy się w tyranów. I nie zamieniajmy w nich swoich dzieci.

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” albo zostaw komentarz. Dzięki! :)