Dzień z dzieckiem to ciągłe decyzje, decyzje, decyzje. Pozwolić, nie pozwolić. Zachęcić do czegoś innego. Zniechęcić. Zgodzić się i ponieść konsekwencje. Nie zgodzić się i ponieść inne.

Czasem nie wiem co wybrać. Czasem zwyczajnie nie wiem co powiedzieć, nie wiem jak zadecydować. Czasem mam ochotę w ogóle nie musieć odpowiadać. A może się jednak rozejdzie po kościach?

I co tu teraz powiedzieć?

Jak jest zima to musi być zimno. Zimno mi więc pomimo arktycznych butów i gaci na futrze, a Pola chodzi powoli i mały plac zabaw jest taaak daleko (bo jakieś 200 metrów) od domu. Oj, jak mi jest nie na rękę tam iść w drugiej połowie naszego programo-spaceru. Na rękę mi jest krążyć w promieniu 50 metrów od domu. No i nie wiem. Chciałabym powiedzieć nie, ale z drugiej strony… Wolałabym nie, ale to nie mój spacer tylko jej, czemu ma nie zdecydować? Ubierz se mamo onuce, walonki i czapkę z jenota jak wymiękasz.

Czasem jest łatwiej. Na przykład ta huśtawka, co leży u nas za kanapą i jest tak STRASZNIE ZEPSUTA. (wybacz Polciu). Używaliśmy kiedyś, teraz używamy placu zabaw, niezależnie od pogody. Ale raz ją wyjęliśmy, dla atrakcji. No i właśnie. Musimy huśtać się jak na placu zabaw, czyli na stojąco i przed nią i najlepiej cały czas, bo inaczej się nie liczy. I do tego pies który non stop łazi w te i z powrotem i drżę, że ją potrąci i ręka, noga, mózg na framudze, strach odejść.

No żadna to dla nas zabawa, żaden czasoumilacz. Następnego dnia szybciutko przekalkulowałam koszty i okazało się, że huśtawka się zepsuła, urwało się jej coś, nie da się naprawić, koniec i bomba, już nie będzie, odleciały już łabędzie.

Jeśli nie mówisz do dziecka z zasady „nie i koniec dyskusji”, to po odmowie czeka cię jednak jakiś wysiłek. Wiem, że jak powiem nie, to będę musiała powiedzieć potem jeszcze wiele słów. Z drugiej strony wiem też, że jak powiem tak to mogę żałować i może nie cierpieć, ale jednak marszczyć się jak strapiony muppet.

Nie żebym drżała cały dzień i nie mogła spać po nocach ze strachu przed dniem z własnym dzieckiem. Ale tak jakoś troszkę bojam nie wiedzieć, co odpowiedzieć. Boję się zawahać. Jest momencik straszku – jakie przyjdzie mi ponieść konsekwencje. Bo potem już klepadło przepadło, pierwsze słowo do dziennika. A nie na wszystko można być przygotowanym. Wszystkiego nie przewidzisz.

Czasami nie wiem czy się na coś zgodzić czy nie. Wypadałoby szybko w głowie rozważyć za i przeciw i wszelkie możliwe konsekwencje. Niestety mój mózg nie pracuje z prędkością światła, w przeciwieństwie do systemu reagowania dwulatka.

Mówienie zawsze nie, na zapas, nie wchodzi w grę, bo to tylko pogarsza ogólny stan rzeczy. Ileż można wysłuchiwać odmów i się na nie godzić. Człowiek ma jakieś limity! Nawet maluśki.

Czy niekonsekwencja cię zabije?

Czy rodzic w ogóle może zmienić zdanie? No kurde każdy może! Możesz się rozmyślić, że nie, bukiet sztucznych kwiatów jednak nie jest dla dzieci. Jednak nie nadaje się do zabawy, chociaż przez chwilę było fajnie. Tylko tak dużo trudniej to wprowadzić w życie, niż wtedy, kiedy bukiet od samego początku jest nieosiągalny. Przed chwilą się dało a teraz już nie? Ale jak to? Co się zmieniło? Co to znaczy, że już za dużo, za długo? I weź się teraz tłumacz.

Pikanie na paczkomacie byłoby super zabawą. Taką którą ciężko zakończyć i którą trzeba odbyć za każdym razem gdy jesteśmy blisko. Czyli prawie codziennie. (Nie, nie żeby odbierać paczki). Fajnie sobie tak popikać, ale niektórzy za bardzo się tym ekscytują i ciężko byłoby potem odebrać taką przyjemność. Pi, pi, pi, jeb, jeb, pi, pi, pi, jeb. Zatem piknąć można dwa razy, takie jest odwieczne prawo natury i wszyscy zadowoleni.

Zmiana zdania w drugą stronę, że jednak dziecko coś może, bo tak naprawdę wcale nam to nie przeszkadza jest dużo prostsza. Przynajmniej nie trzeba długo tłumaczyć. Czy to ujma tak się poddać i zmienić zdanie? Kto i jak ma osądzić czy uzasadniona to zmiana i uzasadnione żądania? Jest kilka rzeczy niezmiennych i nienaruszalnych a reszta jest do dyskusji i to zależy. Więc jednak można pisać i rysować długopisem, nawet jak się nie jest dorosłym. Tyle, że w wyznaczonym miejscu skąd nie ma ucieczki. Wszyscy zadowoleni po tej zmianie. I nie jest mi wstyd.

Nie chcę powtarzać „nie” dziesięć razy, aż się w końcu zmęczę i dla świętego spokoju powiem „tak”. Przed zgadzaniem się w ten sposób powstrzymuje mnie to, jaka nauka z tego płynie. Bo nie do końca taka, że zmieniłam zdanie, że się zastanowiłam, przemyślałam i jednak ok. Tylko bardziej taka, że długotrwałe i uporczywe (najczęściej jęcząco-miauczące) napieranie się opłaca, bo rodzic się poddaje.

Nie wiem. Po prostu nie wiem.

Nie uczę Poli pytać czy może sobie coś wziąć u nas w domu. Nie wiem jakby to miało wyglądać. Rzeczy, których nie może są poza jej zasięgiem, schowane. Skąd miałaby wiedzieć, o które niby należy zapytać, a o które nie? Strasznie to dezorientujące. Chodzimy po osiedlu i nie ma tu miejsc na zawsze zakazanych. Ma się pytać, czy możemy skręcić w lewo? Czy może wejść na skwerek z huśtawką? Jak jest potrzeba to reaguję, jak nie to nic nie mówię, Stąd milczenie oznacza przyzwolenie, bo przecież nie wnoszę sprzeciwu. Tylko jak odróżnić chwilę na przemyślenie od zgody poprzez milczenie?

Spróbuję najprościej, magią słów i szczerości. Nauczę się mówić: Nie wiem. Muszę się zastanowić. I wyrzucę straszek w pierony. Tylko kto na to zaczeka? Co ważniejsze – kto zaczeka cierpliwie? Dzisiaj nikt, ale w końcu zatrybi…

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” albo zostaw komentarz. Dzięki! 🙂





Zdjęcie: Viktor Forgacs on Unsplash