Miałam ostatnio objawienie. Gdy nalewałam Poli mleko (to nie przypadek, że właśnie wtedy) wyklarowała się w mojej głowie odpowiedź na pytanie co jako rodzic robię najczęściej. A wcale nie zadawałam sobie takiego pytania!

Sama z siebie przyszła do mnie refleksja, że najczęściej to wymyślam sposoby, patenty, obejścia i lajfhaki. Bycie rodzicem maluchów to jedno wielkie szukanie sposobów. Codziennie na coś; dla pechowców podobno codziennie na wszystko.

Do pewnego momentu sprawa jest prostsza. Na większość bolączek pomaga cyc, bo też i repertuar utrapień jest ograniczony. Później trudności pączkują, ale o współpracę ciągle jeszcze łatwo. Dziecko daleko nam nie ucieknie, bo nie umie. Ani nic nie powie. Jeszcze nie wie, że można się na coś nie zgodzić.

Potem magiczne rozwiązanie i ułatwienia znikają, a za to przybywa problematycznych kwestii. Dziecko odkrywa, że może mieć swoje zdanie i swoje chęci. Rozmijające się z rodzicem, jak Jerzy Zięba z rozumem.

Logiczne wyjaśnienia wiele nie załatwią, nie ta publiczność. Z nimi trzeba inaczej. Zmuszając i grożąc strzelasz wszystkim w stopę, prosząc musisz liczyć się z odmową. Nie ma rady, trzeba znaleźć sposób.

Sposób na zmianę pieluchy, kiedy siedzenie w sitkach jest taaak miłe i mogłoby trwać, aż zawartość wystąpi z brzegów.

Sposób na utulenie żalu, że się zapomniało i nie dało włączyć pralki. Albo żalu, że nie da się powiesić ścierki za pętelkę na rogu stołu…

Sposób na nieszczęsną Roszpunkę z Lego, której kudły nie pozwalają usiąść na własnym krześle (z zestawu!), doprowadzając dziecko na krawędź.

Sposób na niechęć do stetoskopu, zaglądania tu i tam i pobierania krwi.

Sposób na mycie głowy, kiedy „patrz do góry” już nie wystarcza i nagle woda z szamponem leje się do oczu i mycie głowy staje się złem.

Sposób na mycie zębów, które jest czynnością ze wszech miar nudną, i możliwość robienia tego samemu przestaje cieszyć dość szybko.

Sposób na wyjście z domu, kiedy słowo „spacer” przestaje działać jak na psa.

Sposób na powrót do domu, kiedy jednak świat zewnętrzny okazuje się być the best thing ever!

Sposób na ubieranie, kiedy akurat wyskoczyło jej coś ważnego. Albo kiedy spodnie ubrane na ręce wystarczają za cały strój i koniec.

Sposób na smarowanie buzi maścią, które jest taka straszna. Zwłaszcza kiedy się ją zje, bo palec mamy zamiast na twarz, trafia na język, bo ktoś tak kręci, tak macha, tak rusza.

Sposób na sprzątanie, kiedy bałagan przeszkadza tylko mnie.

Sposób na nudę. Czasem szukam. W samochodzie, w poczekalni, w restauracji. Czasem i w domu.

Sposób na memełko do spania. Żeby do spania było, a nie do wszystkiego, 24 na dobę.

Sposób na za dużo wypijanego mleka, bo ileż można! Myślę, że już za dużo i tym podobne można o kant dupy rozbić. Abstrakcyjne pani doktor mówiła, że tak dużo mleka nie można też. I nagle eureka! Teraz mamy dzbanek, w którym ląduje rano tyle mleka ile można wypić i wszyscy wiedzą, że to musi starczyć do wieczora. Dzbanek jest szklany, widać postępy. I widać dowód, że już nie ma, że się skończyło, że dozwolona porcja została wypita. Jest sposób! Działa!

A potem cudowne sposoby naturalnie przestają działać, więc szukamy kolejnych. To taka trochę dodatkowa praca, tak wymyślać. To trzeba i kreatywnym być, i refleks mieć, i bajerę niezgorszą. Do tego umiejętności negocjatorskie i wodzirejskie zdolności. To się nadaje do CV, jak nic!

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” albo zostaw komentarz. Dzięki! :)