Kocham swoje dzieci, ale nienawidzę być rodzicem. Czyli, że jak? Kocham cię, ale jak jesteśmy razem to się strasznie męczę i jednak wolę jak cię nie ma obok mnie. Wtedy cię kocham najbardziej. I jak śpisz. (Ha ha.) Na zdjęciu i w pamięci cię kocham.

Czy naprawdę można tu oddzielić obiekt od procesu, że tak to ujmę? Skoro ten związek to relacja rodzic-dziecko, to co zostaje jeśli nienawidzisz nim być? Bycie rodzicem to niekończąca się parada po trosze: obowiązków, powinności i przyjemności. Jeśli chce się tylko tego ostatniego, to sorry, nie ze swoimi dziećmi.

Co dzieciom po miłości wielkiej, ale deklaratywnej? One widzą i czują tę codzienną. A nie taką, że im nerkę oddasz jak zajdzie potrzeba.

Codzienną mieszkającą w całusach, przytulasach i przyjemnościach. Ale też tę mieszkającą w niespecjalnie ekscytującej opiece, uczeniu, powtarzaniu, wspieraniu i tłumaczeniu (a to wszystko po pierdyliard razy).

Życie nie jest (może niestety) ciągłą imprezą bogoli na jachcie. No, dla niektórych jest, ale jeśli mają dzieci to i tak jednak trochę przestaje. Chyba, że wybierają całkowicie scedować to utrapienie na innych, wszak mogą im zapłacić złotymi dublonami. Kto na tym straci wszyscy chyba wiemy.

Kocham cię i niby fajnie mieć dzieci, ale kuuurła, tyle z tobą roboty. No nie chce mi się, no.

Życie składa się w dużej mierze z rzeczy, które zrobić trzeba, choć nie są dla nas źródłem ekstatycznej, albo żadnej wręcz, przyjemności. Jak masz obok siebie kolejne życie, które musisz wspomagać, bo nie jest samoobsługowe to zadania i obowiązki mnożą się i pączkują. Tego się nie zmieni. Można spróbować przestać cierpieć z tego powodu.

Może to problem z podejściem do szczęścia krótkotrwałego i długotrwałego? Pączek dziś jest milszy sercu, łatwiejszy i przyjemniejszy niż zdrowie przez całe życie dzięki jarmużowi codziennie. (Upraszczam i przesadzam, ale do tego się to sprowadza.) I tak jest z większością rzeczy w życiu.

„(…) bo przecież są rzeczy, które uczynią cię naprawdę bardzo szczęśliwym na moment, ale niezbyt szczęśliwym w dłuższej perspektywie. (…) Sposoby na budowanie długotrwałego poczucia szczęścia w życiu są więc strasznie nudna, nikt nie kupiłby gazety redagowanej przez podobnych mi naukowców, bo na okładce miałby napisane: „Naukowcy odkryli klucz do szczęścia!”, a w środku pisano by głównie: „Wysypiaj się!” „Pracuje ciężko nad dobrymi relacjami z rodziną i przyjaciółmi!”, „Jedz mniej!”. Nuda, nie?” *

Męczę się tym rodzicowaniem okrutnie, ale tak, jak tak popatrzę z boku, to tak, jestem przecież szczęśliwy. To może trzeba częściej patrzeć?

Każdy się czasem męczy. Czy mycie zębów dwulatce to jakoś szczególnie atrakcyjny moment? Nie. (Ale czy mycie moich zębów to atrakcyjny moment? No, nie. Tyle, że spokojny.) Są ucieczki, odmowy, negocjacje, sposoby, sposoby, sposoby, czasem moje wywracanie oczami. Czasem to, co się uda wyegzekwować ciężko nazwać umyciem.

Czy jakoś szczególnie chce mi się to wszystko robić? No nie bardzo, nie jest to wyborna rozrywka, w tym momencie wolałabym poczytać gazetkę. Ale to moje dziecko, kocham je i chcę dla niego dobrze, więc CHCĘ, a nie tylko muszę, nauczyć ją dbać o zęby. Zatem nawet po chichu w swojej głowie nie będę bić piany, o panie jedyny, jakie to trudne, ooo po co to takie trudne, ooo jak ja tego nie lubię. Nie chcę się nad tym rozwodzić, autentycznie szkoda mi czasu. Jest jak jest, dzieci są jakie są. Ostatecznie to jest i był mój wybór, żeby mieć dziecko i je wychowywać.

Może to wszystko wina nierealistycznych oczekiwań i przepaści jaka powstaje między nimi a rzeczywistością. Samo nic się nie zrobi. W pakiecie z dzieckiem dostajemy przecież też i przyziemne obowiązki i ważkie kwestie do rozwiązania. W dużych ilościach. A one wymagają poświęcenia im czasu i energii. Codziennie, czasem co chwilę, po wielokroć.

„Nasze oczekiwania względem siebie, jako rodziców, się zmieniły. Gdzieś po drodze, zamieniliśmy bycie rodzicem w pracę.” Aaa, no tak – kiedyś było lepiej! Kiedyś się po prostu miało dzieci i wszystko było proste. No trudno, gdzieś po drodze odkryliśmy, jak wiele nieszczęść i trudności bierze się z dzieciństwa. Gdzieś po drodze odkryliśmy, że dzieciństwo jest mocno ważne. Głupio mieć to teraz w nosie.

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” albo zostaw komentarz. Dzięki! :)

* Daniel Gilbert, profesor psychologii, Wysokie Obcasy Extra, nr 7/2018