To, że czytanie rozwija i jest baaardzo ważne wiedzą wszyscy i wszyscy się z tym zgadzają. Chciałabym móc tak napisać. To znaczy napisać sobie mogę, ale koło prawdy to to blisko nie leżało. Żałuję, ale nie.

Z corocznych badań Biblioteki Narodowej nie dowiemy się ani ilu rodziców czyta swoim dzieciom, ani tego ile, jak i kiedy. Dowiemy się za to, że 62 % dorosłych Polaków nie przeczytało w ciągu roku ani jednej książki. Można zatem przypuszczać, że w kwestii czytania dzieciom też nie będzie szału…

Problem polega na tym, że (jak to często bywa) listy pożytków płynących z czytania dzieciom przekonują tylko już przekonanych. Przeciągnięcie do teamu #czytajboumrzesz niechętnych, to nie lada wyzwanie. Jeśli ktoś uważa, że czytanie to niepotrzebna fanaberia, to jest spora szansa, że dobrodziejstwa płynące z czytania też trafią u niego do takiej kategorii. Inteligencja emocjonalna, rozbudzanie ciekawości, rozwój mózgu i mowy – w żadnym wypadku, a komu to potrzebne? „I tak się wszystkiego nauczy, ja nie czytałem i żyję, oj tam, oj tam”. Co tu zrobić z argumentami TAKIEGO kalibru?

Może zamiast mnożyć plusy czytania i zamęczać argumentami, trzeba zastosować odwrotną taktykę. Może łatwiej rodzica przekonać, mówiąc czego dziecku nie daje, jeśli mu nie czyta. Czyli co mu zabiera wręcz! Zabiera coś, co dziecko potencjalnie może dostać.

Naukowcy (TU) wyliczyli, ile słów podczas czytania w domu usłyszą dzieci do swoich piątych urodzin: te, którym nie czyta się nigdy – 4662 (czyli jednak raz na ruski rok coś się im czyta); te którym czyta się 1-2 razy w tygodniu – 63570; te którym czyta się 3-5 razy w tygodniu –169520; te którym czyta się codziennie – 296660; te którym czyta się 5 książek dziennie – 1 483 300.

Półtora miliona słów. Tu nie ma się z czym kłócić, to są badania i cyferki, jak nie wierzysz to wyjmij kalkulator albo przelicz se pod kreską to równanie. Jak nie czytasz, to nie dajesz dziecku miliona słów. No i czemu nie chcesz mu ich dać, hmm?

I już nie patrzmy na to, czy dzięki czytaniu dziecko coś szybciej zacznie, coś będzie robić lepiej i bardziej, że w szkole będzie miało z górki, a nie odwrotnie i że na pewno pójdzie na Harvard. Nigdy się nie cofniesz w czasie i nie dowiesz, czy byłoby w tych kwestiach inaczej, lepiej, gorzej jakby się mówiło, czytało czy robiło więcej albo mniej. Tego się nigdy nie dowiesz, czy to dzięki tobie, czy taki akurat masz egzemplarz. Nie musimy wybiegać w przyszłość, nie musimy kalkulować opłacalności czytania i przywiązywać do niego pasm sukcesów, żeby widzieć, że WARTO to robić.

Na logikę – czy usłyszenie półtora miliona słów może zaszkodzić? Czy może jednak pomóc? Jak ich nie usłyszenie może być lepsze od usłyszenia? Z czego będzie więcej pożytku i pozytywnych skutków?

Z drugiej strony, skoro są ludzie, którzy uważają, że dzisiaj dzieci zaczynają mówić wcześniej bo mają telewizory i tablety… To może jednak trzeba naparzać nieustannie książkową propagandą, czytelniczym terrorem; z każdej możliwej strony i każdym możliwym sposobem.

W latach 90 przeprowadzono w Stanach badania nad ilością słów, jaką do 3 roku życia dzieci słyszą w domach; wybrano rodziny różniące się pochodzeniem etnicznym, zasobami finansowymi, sytuacją zawodową, wykształceniem, miejscem zamieszkania i co za tym wszystkim idzie – statusem społecznym.

Wokół tych badań narosło mnóstwo kontrowersji i wątpliwości. Że grupa nie taka, że wcale nie reprezentatywna, że przy obserwatorach jedni się wstydzili a inni właśnie specjalnie mędrkowali, że uprzedzenia i zniekształcanie rzeczywistości. Dziura między tymi, którzy mówią najmniej a tymi, którzy mówią najwięcej miała wynosić 30 milionów słów.

Teraz wychodzi na to, że różnica to bardziej cztery miliony albo i jeden, a tak w ogóle to ciężko to zmierzyć tak naprawdę, bo oprócz ilości słów liczy się (może przede wszystkim?) ich jakość. No i jak wpływa na dziecko to co słyszy mimochodem? Doliczyć to?

Może nigdy tego nie wyliczymy, może badania zawsze będą dla jakiejś grupy niesprawiedliwe, może wyniki i wnioski będą do podważenia – w końcu to mało ścisła nauka. Ponownie – z drugiej strony, są ludzie, którzy są zdziwieni bo oni nie wiedzieli, że do niemowlaka trzeba mówić. No i są jeszcze ci wyznania „to tylko dziecko”. Umówmy się – różnice w podejściu do mówienia do dziecka istnieją, a co za tym idzie i dziura (jakaś) musi występować.

Z książkami sprawa jest prostsza, to akurat łatwo wyliczyć. Ze stu najbardziej chodliwych książek dla dzieci wybrali sześćdziesiąt, wyliczyli średnią w nich ilość słów, pomnożyli razy pięć i bam, mamy wynik. Przeczytasz – usłyszy. Nie przeczytasz – nie usłyszy.

W książkach są słowa które nie pojawiają się w codziennych domowych rozmowach. Czasem inne, czasem trudniejsze, czasem w temacie, którego nigdy nie poruszamy w domowych warunkach. Szkocki taniec ludowy, na przykład, który w książce tańczą pawiany. Tak, tak.

Czytanie to też przyczynek do rozmowy – a w niej pojawiają się kolejne słowa. I to jest mówienie ukierunkowane na dziecko i w temacie, który go interesuje, więc same plusy dodatnie! Czasem człowiek po prostu dodaje coś od siebie, wyjaśniająco – wzbogacająco. Albo dla rozrywki – zwłaszcza przy tych pozycjach, które są czytane najczęściej. Słowa, słowa, słowa.

Najlepsze w książkach jest to, że mogą nic nie kosztować. Jestem pod wrażeniem zaopatrzenia sekcji dziecięcej w naszej bibliotece, tam naprawdę jest w czym wybierać! To nie jest rozrywka tylko dla bogatych z domu; serio, wystarczy trochę wysiłku. Otaczanie dziecka słowami jest dobre i już, koniec i bomba, a kto nie czyta ten trąba.

#czytajniebądźgnidą

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” albo zostaw komentarz. Dzięki! :)