Na placu zabaw byłam świadkiem rozmowy rodziców o odpieluchowywaniu. Normalne i zrozumiałe, temat istotny i nie do uniknięcia, przychodzi moment kiedy cały świat się do tego sprowadza. Tylko dlaczego zaraz nad głowami dwulatków, o których pupy się rozchodziło? Przecież one to słyszą! Nawet jeśli jeszcze dobrze nie mówią, to słyszą i rozumieją.

Słyszą, że robią źle, słyszą że a szkoda gadać, słyszą, że zmoczyły 5 par ciuchów do południa i że mamy tego dość. Słyszą, że się boją, słyszą, że przesadzają. Słyszą, że to bardzo ważne dla rodzica, i słyszą, że nie dają rady i nie spełniają oczekiwań. Słyszą, że jest presja i złote majtki do wygrania.

Ja udawałam, że mnie to nie dotyczy, że nie mam dwulatki w domu a tak w ogóle to nawet nie wiem co to jest nocnik, nie wiem, nie znam się, zarobiona jestem.

Nie wiem kiedy przyszedł moment, w którym postanowiłam przestać mówić o Poli w jej obecności, tak jakby jej tam wcale nie było. Pewnie wtedy, kiedy uznałam, że zaczyna rozumieć to, co słyszy. A słyszy wszystko. Wszystko.

Wiem, że dla wielu to nieistotne, przesada, a może i nonsens. Zwłaszcza, że od kiedy poznajemy się z własnym dzieckiem, to naturalnym jest, że mówimy o nim bez zahamowań, bo przecież jemu nie robi to różnicy i samo za siebie i tak nie powie, duuuh. Zatem żaden problem. Skoro tak, to w pewnym momencie musi jakoś i skądś pojawić się refleksja i potem zmiana. A to są rzeczy trudne i niewygodne; myślenie i zmiana – dwa spore wrzody na dupie ludzkości.

Podstawowe założenie jest takie, że skoro o dorosłym nie mówimy w jego obecności, czemu mielibyśmy mówić o dzieciach? Czy i one nie zasługują na szacunek i odrobinę godności? Podstawowe założenie jest takie, żeby nie robić dziecku tak, jakbyśmy nie zrobili dorosłemu.

Prawda jest taka, że dzieci i dorosłych czasem obowiązują inne standardy. Dorosłym możesz powiedzieć trudno, nie ma zielonej łyżki, deal with it i tyle. A dziecku… Niby też możesz, ale… No nie będzie tego samego efektu, nie będzie. Dziecka nie można zawsze i wszędzie traktować jak dorosłego, ale to nie powód, żeby nie robić tego wtedy, kiedy oznacza to po prostu nieignorowanie jego osoby.

Podstawowe założenie jest takie, że dziecko nie jest mniej ważne, a jego uczucia nie są gorszego sortu. Chyba akceptowalne?

Czasem to ulga tak sobie wyrzygać żale, powiedzieć komuś kto doskonale rozumie, pozłorzeczyć troszkę. Nie ma nic w złego w tym, że wychodzi nam bokiem pranie i przebieranie przesikańców. Że nauka korzystania z nocnika nas męczy, że dzieciom idzie to słabo a my chcemy sobie odgryźć pięści.

Ale czy one muszą tego słuchać?

Nie chodzi o to, żeby nikt się nie dowiedział, że dziecko mówi „newy mnie bierzą” i że to takie śmieszne (to o mnie). Nie chodzi o to, żeby z nikim nie móc się podzielić, tym że dziecko zsikało się w sklepie, no i taka sytuacja (też o mnie). Tylko o to, żeby przez nasze gadanie nie czuło się pominięte, wyśmiane, obgadane i że polecę patosem – zdradzone.

A już biadolenie na temat dziecka w jego obecności jest gdzieś hektary poza skalą. Z lekceważeniem, z niezadowoleniem, z rozczarowaniem. A one to czują i widzą. Nic się do chodzenia nie bierze, źle mówi, niegrzeczny, włosy ma takie liche, i tak dalej. Wszystko nie tak. Nosz kurła! I co ono ma sobie myśleć?

Czasem przyłapuję się na tym, że już, już mam coś palnąć, ale z reguły udaje mi się zamknąć na czas. Na co dzień problem jest taki, że nie mogę chomikować wszystkiego na wieczór, jak już pójdzie spać, żeby móc opowiedzieć Chłopu co i jak. Więc angażuję ją do mówienia – opowiemy tacie razem o tym co śmiesznego powiedziała, co ważnego zrobiła, co się nam nie udało. I wszyscy zadowoleni, nic o nas bez nas.

Wydaje mi się, że nie mówienie o dziecku w jego obecności po prostu wchodzi w krew. Przestajesz traktować je jak małego bąbla, który ma ograniczone połączenie ze światem i który generalnie nie wie, nie zauważy, nie zrozumie. Teraz masz małego człowieczka, który wie, zauważa i rozumie więcej niż ci się wydaje. I gotów jest ci to udowodnić w najmniej spodziewanym momencie. Dlatego apeluję o chwilę zastanowienia, czy nie lepiej się przymknąć. Chwila zastanowienia zanim się coś powie – warto z resztą stosować zawsze i wszędzie…

Na marginesie: to zalecenie kilka lat wisiało nad moim biurkiem w pracy. Stosowałam się sumiennie.




P.S. Dodatkowo, egoistycznie, często mam poczucie, że jak coś powiem, to i coś wywołam. Że mała uzna, że coś jest ważne, że śmieszne, że nam przeszkadza, że nam zależy. Że należy to natychmiast powtórzyć i do tego wrócić. A po co komu takie nieprzyjemności, na własne życzenie? 😉

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” albo zostaw komentarz. Dzięki! 🙂