Wczoraj, w trakcie „walki” (choć może cudzysłów jednak jest zbędny) o mycie zębów, naszły mnie pewne refleksje. Pierwsza jest taka, że nierówna to walka, bo mi na tym zależy a ona ma to w rzyci.

Czyli na przegranej pozycji stoję ja i to ja muszę się postarać i wymyślić jakiś sposób. Zęby myć trzeba, jak musimy wyjść to musimy wyjść; tego nie przeskoczysz, buta nie zjesz. Gdzie można być elastycznym, jak guma w majtach, tam można i tam próbuję taka być. Ale jak człowiek musi, to nie ma wyboru. Wybrać może sobie tylko to, jak osiągnąć to, co osiągnąć i tak musi.

I tu dochodzimy do drugiej refleksji – jedynym naprawdę skutecznym sposobem na wszystko z małym dzieckiem jest… zabawa. Tak, żeby nie było wygranych i przegranych, obrażonych, smutnych, złych. Żeby nie było zmuszania, przytrzymywania i robienia na siłę. Bo wtedy albo efekt jest mocno taki sobie, albo wszyscy są niezadowoleni. I wcale nie trwa to krócej!

To jest nie-by-wa-łe, jak bardzo bardzo trzeba/warto zamieniać wszystko w zabawę i jak bardzo, bardzo, bardzo to działa. No powiedzcie, ile razy nie zadziałało?

Tylko, żeby poszło gładko i skutecznie, to trzeba spełnić kilka warunków. Widzę, że bez nich idzie dużo gorzej albo wcale.

Po pierwsze, bawimy się od początku, a nie dopiero jak się zacznie kryzys i awaria. Wiecie, w duchu, że łatwiej zapobiegać niż leczyć. Ratujemy się ucieczką do przodu!

Po drugie – nastawienie. Rodzica oczywiście. Bo bez niego będzie tylko fasada zabawy, która może się szybciutko rozsypać i wszystko jak krew w piach.

Po trzecie, trzeba mieć w rękawie oprócz asa jeszcze alternatywę, bo nigdy nie wiadomo kiedy wkradnie się rutyna. To, co działało wczoraj, dziś nie zrobi żadnego wrażenia, no i masz.

Tyle w teorii. W praktyce trudno, najtrudniej wręcz, jest siebie do tej zabawy zmusić, kiedy wcale nie ma się humoru ani ochoty. Ale jednocześnie WIEM, że to jest najlepszy sposób, i że źle i głupio robię nie używając go. Ale nie umiem tego z siebie wykrzesać. Ale czuję, że powinnam, że sama na siebie bat kręcę próbując załatwić to inaczej.
Ale nie chce mi się. Ale wiem, że zadziała. Ale nie umiem. Ale powinnam. Aleeee.

Ehhh, człowiek to jest taki głupi, taki głupi… A jak się dodatkowo usra na coś! Będzie brnął dureń dalej, zamiast próbować zrobić to, co działa! Nie popuści!

Tak, zamienianie potencjalnego problemu w zabawę to jest jakiś wysiłek i koszt emocjonalny. Całkiem spory wtedy, kiedy wcale, a wcale ci się nie chce. A że nigdy nie wiadomo, kiedy trzeba będzie użyć tego sposobu, to właściwie najlepiej być w stend-baju i odpowiednio nastawionym cały czas. I ten tryb czuwania też może trochę kosztować. Ale wychodzenie z niego na chwilę się nie opłaca, bo powrót to jak poranek na kacu.

Ach, gdyby tak proste rzeczy mogły być proste! No fajnie by było. Ale w świecie maluchów proste czynności często wcale takowe nie są. Łatwiej jest nie walczyć z rzeczywistością, tylko jakoś ja sobie próbować ograć. Ja chłonę sposoby na wszystko, skąd tylko mogę. A i tak czasem czuję, że niepotrzebnie się szarpię.

Jak przy wszystkim, co wymaga wkładu emocjonalnego i psychicznego – z pustego nie nalejesz, jak sama nie masz, to i nie dasz. W tym miejscu mogę dać tylko radę niejako z dupy: odpocznij i odpocznij od dziecka, żeby nie grzebać pazurami po prawie pustym dnie, w poszukiwaniu resztek cierpliwości, empatii i kreatywności. Ale kto głupi z tego nie korzysta, jeśli ma możliwość i okazję? Taka to i rada…

Ja chętnie korzystam i bardzo doceniam chwile spędzane w gronie osób, o których potrzebach fizjologicznych nie muszę myśleć i których uzębienie mnie nie interesuje. Osób, którym można wysyłać proste, niezakamuflowane komunikaty i zawsze liczyć na odbiór. Mała rzecz, a cieszy, czuję jak mi rosną pokłady tych wszystkich dóbr, którymi muszę potem dzielić.

Mycie zębów aktualnie zamieniło się u nas w olimpiadę. Nie do końca wiadomo o co chodzi, ale działa. Jedno z nas jest komentatorem, drugie trenerem, szczoteczka zawodnikiem a dziecko chyba lodowiskiem. Doprawdy nie wiadomo. Opowiadam farmazony o pięknej choreografii i punktach za wykonanie i elementy łączące. Punktacja rośnie, jeszcze tylko potrójny rittberger na górnych czwórkach, i mamy dziesięć punktów, proszę państwa, mamy to, mamy medal! I najlepiej umyte zęby w przeciągu miesiąca.

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” albo zostaw komentarz. Dzięki! :)