Kiedy coś się kończy, nie żałujesz wtedy, jeżeli wierzysz, że następny etap będzie lepszy. Jeśli wierzysz, że wszystko będzie bardziej, że czeka coś nowego, jest mnóstwo możliwości, jest niewiadoma, ekscytacja i zmiana.

Nie wszystkich tak samo ciągnie do nowego, ale życie i tak nas tam zabiera, czy nam się to podoba czy nie.

Co jednak jeśli czujesz, że następny etap będzie po prostu równie bardzo dobry? Nie sposób wtedy troszkę nie pożałować. Troszkę nie zatęsknić.

Czy chciałabym mieć znowu 20 lat? Nie, dziękuję. Ale każdy czas ma swoje plusy dodatnie i plusy ujemne. Z perspektywy czasu widzę, co było wtedy lepsze. No było, no. Albo równie dobre, ale już tego nie ma. Teraz jest co innego, a tamto nie wróci.

Przy dzieciach czuć to wyjątkowo mocno.

Do pewnego momentu mogę się nie przejmować tym, że rosną, bo dalej mają słodkie rączki. Może trochę większe, ale ciągle dziecięce. Kiedyś już naprawdę, naprawdę nie będą mieć słodkich rączek tylko dłonie jak dwa bochny chleba. I to jest coś zupełnie innego.

Gdyby małe dzieci nie były tak absorbujące i wymagające obsługi, to fakt, że rosną byłby nie do zniesienia. Może to jest dobrze pomyślane, specjalnie, żeby nam serce nie pękło tak całkiem? Że choć cudny to czas, to ma swoje wymagania, które ciężko wypełniać wiecznie? Więc w nagrodę za utratę małych stópek dostajemy kupę robioną do toalety?

Może to jednak szczęście, że człowiek się starzeje i zużywa, bo dzięki temu może aż tak nie żałować, że całe życie nie jest studencką imprezą albo że już nie ma malutkich dzieci i więcej mieć nie będzie. Bo to są zadania wymagające krzepy. Miłe sercu, ale nie długodystansowe. No chyba, że jest się Keithem Richardsem.

Tęsknota za przeszłością i przyszłością to coś naturalnego. Im młodsi i im starsi jesteśmy, tym więcej jednej albo drugiej. Najlepiej jest być zadowolonym z każdego dnia, umieć cieszyć się życiem i czuć, że jest dobre, nawet, albo zwłaszcza, gdy nie dzieje się nic wyjątkowego. A skoro tak, to trochę jest za czym tęsknić… Za każdą dobrą chwilą, niepowtarzalną i już na zawsze przeminiętą. 

Nie mówię, żeby rozpamiętywać z żalem i pałować się mijającym czasem zamiast żyć. Mówię tylko, że nie ma się co spieszyć. Mówię, że ciesz się teraz, bo zostają tylko mgliste wspomnienia. Mówię, że warto do nich wracać i że (chyba) nie sposób tego nie robić.

Bo nieodwracalność boli. Chciałbyś chociaż na chwilkę wrócić, poczuć to znowu, przeżyć jeszcze raz. Ale takiej funkcji nie przewidziano.

Kiedy o 21:40 Pola dalej nie śpi, to chcę oszaleć, ale przypominam sobie, że tak, przecież jeszcze zatęsknię za tym małym bąblem. Kiedy o 21:48 patrzę jak śpi, to wiem, że będę tęsknić za tym widokiem.

Tak jak tęsknię czasem za tym, jak zasypiała w nosidełku, wtulona we mnie. Od wielu miesięcy tak nie robiła, teraz kontakt przy zasypianiu to co najwyżej kopniaki w przypadkowe miejsca. A ostatnio przyszła w nocy i zażądała nosidełka.

I wcale nie było mi ani wygodnie, ani lekko, ani łatwo w końcu się z nią w tym nosidełku położyć, i mnie obudziła, i nie umiałam zasnąć. Generalnie trudność. Ale mamusiu, jak mi było miło tak wrócić na chwilę, jakie to było kochane. Wygodnie jest kiedy wszyscy zasypiają sami, sure. Ale jak wspomnę zasypianie na kangura to ciepło mi na serduszku i kurde, no, miło jest to jeszcze raz przeżyć. Tyle.

Tyle, że…

Z większością rzeczy, takich powrotów nie ma. Pozostaje zatęsknić.

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” albo zostaw komentarz. Dzięki! :)