Podobno w życiu każdego dziecka przychodzi taki czas, kiedy przestaje się zgadzać na cokolwiek i ma jedną słuszną odpowiedź na wszystko. Podobno jest to nie do wytrzymania, ale słyszy się też, że ludzie jednak jakoś żyją dalej.

Jest jak jest i wolnościowe dążenia maluchów i emancypacyjne zapędy są pewne jak w banku. A do tego, co ważniejsze, są całkiem normalne i potrzebne. To w teorii. W praktyce częściej odczuwamy głównie frustrację i inne niemiłe nam rzeczy, które zaczadzają rozum i skutecznie zasłaniają nam dalekosiężne korzyści rozwojowe. Przy dwudziestym „nie” w ciągu godziny, rodzic zaczyna mieć te różne wzniosłe idee w zadku i jest o krok od krawędzi.

To w sumie też dość normalne.

Nie mam rady na to jak poradzić sobie z nie. Mam radę taką, żeby nie myśleć o tym, jak o czymś do wyrugowania. Nope, not happening. I nie o to chodzi! Czy chcemy żeby nasze dzieci potulnie i bezmyślnie robiły to czego chcą od nich inni? Podpowiem: nie chcemy. Kiedyś muszą zacząć się nie zgadzać, na kimś muszą zacząć trenować. Pech chce, że będziemy to głównie my.

Nie ma złotej rady na to, co zrobić, żeby dziecko przestało mieć własne zdanie, uczucia, pomysły. Żeby przestało chcieć decydować o sobie. To znaczy jakaś skuteczna rada jest, ale na pewno nie złota…

Ja mam tylko garść pomysłów na to, co zrobić, żeby wszystkim żyło się lepiej.

1 Przede wszystkim nie myśl, że zawsze ktoś musi wygrać i że musisz to być zawsze ty. Wyrzuć to myślenie w niebyt, to bardzo uwalniające! Załóż, że uda się znaleźć rozwiązanie satysfakcjonujące (choć trochę) wszystkich.

2 Kiedy czujesz nadciągającą furię, zamiast liczyć do 10 żeby się uspokoić, policz tylko do połowy. A potem pomyśl, ile razy dziennie dziecko powiedziało tak, ile razy zrobiło to co chciałeś, ile razy z tobą współpracowało. Wincyj, nie?

3 Ogranicz ilość rzeczy na które się nie zgadzasz. Poważnie ze sobą porozmawiaj i odkryj, ile jesteś w stanie odpuścić dla lepszego życia wszystkich. Czy cieszy mnie rozbebeszenie wszystkich puzzli podłogowych i uwolnienie zalegających pod nimi łanów psiej sierści (jakim cudem ten pies ciągle nie jest łysy nie wiem)? Niespecjalnie, ale okazuje się, że i nie przeszkadza. (Z drugiej strony: nie przeszkadza mi na przykład samo siedzenie na ławie, ale widzę potencjalną kontuzjogenność takiego zwyczaju. Przestałam, choć mamy tak mocarną ławę, że zdarzało mi się na niej siąść, no i nogi wyłożyć, wiadomo. Tak jest łatwiej, niż usiłować tłumaczyć zagmatwane zależności, kto, kiedy i dlaczego może, albo zabraniać pomimo, że mi wolno.)

4 Wyrób w sobie nawyk zastępowania nie innymi słowami. Najlepiej jak najwcześniej. To wchodzi w krew, potem już nie trzeba się tak pilnować, zaczyna działać automatycznie. Zamiast „nie wyrzucaj piasku” – „piasek zostawiamy w piaskownicy”. Ciągłe nie i nie wpada w ucho i w pamięć, a jak wiemy dzieci lubią brać z nas przykład…

5 Czasem można po prostu to zaakceptować znaleźć rozwiązanie, bo tak się zdarza, że istnieje faktyczny i zasadny powód dla nie. Jak na przykład wtedy kiedy moje dziecko uparcie nie chciało iść na spacer i okazało się, że zamiast tego poszła na drzemkę półtorej godziny wcześniej niż zwykle. A ja jej trułam dupę, że nie chce z domu wyjść. Głupio mi było, no.

6 Nie zadawaj pytań, na które można odpowiedzieć nie. Oczywiście, na pytanie „kubek żółty czy biały?” też można odpowiedzieć nie; wiem, wiem. Nawet jeśli skuteczność nie jest stuprocentowa (a czego jest?), to warto stosować.

7 Miej w zanadrzu repertuar zabaw/sposobów, które pomagają osiągnąć cel. Te wszystkie ubrania zjadające części ciała, udawanie robota, wyścigi do drzwi – to na prawdę pomaga. Gorzej z zasobami chęci, bo czasami człowiek ma ochotę tylko wyjęczeć lejże, na co czekasz? A to strzał w piętę, jak mówi nasz kolega.

8 Spróbuj umowy i negocjacji, u nas bardzo często działają. Umawiamy się na jeszcze jedną książkę i umawiamy się na jeszcze trzy zjechania ze zjeżdżalni. Ja daję jej jeszcze jedną książkę, ona daje mi ubieranie się. To oczywiście nie jest rozwiązanie dla zwolenników rządów twardej ręki („bo daję sobą rządzić”), no ale żaden z tych podpunktów nie jest.

9 „Nie to nie, przyjdź jak się namyślisz.” Ze spacerem, z ubieraniem,z wszystkim co nie musi nastąpić teraz, zaraz, już; czasem działa – „przyszłam i jestem gotowa”. Do tego oczywiście trzeba mieć czas…

10 Kiedy czasu nie ma i mało co wchodzi w grę – nastawienie i uprzedzanie dziecka są wszystkim! Profilaktycznie uprzedzam co robimy, gdzie idziemy, kiedy, po co i dlaczego to ważne, żeby zdążyć. I powtarzam. A w sobie kumuluję energię, żeby być radosną i wytrzymała kulą zen, aż do osiągnięcia celu. Od razu zaznaczę, że wychodzenie co dzień rano z dwulatkiem na daną godzinę to musi być wyzwanie. Mnie się to trafia okazjonalnie, jak mamy lekarza, wyjazd, załatwienia, więc mam więcej sił, żeby to wyreżyserować. Od września będę mieć okazję wykazać się codziennie, i już o tym myślę!

11 Próbuj tłumaczyć. Nawet maluszkowi. Do dzieci zawsze warto mówić,
dzieci potrafią na prawdę wiele zrozumieć. Akceptujesz i rozumiesz ich nie. A potem wytłumaczysz im, dlaczego i tak coś musimy albo czegoś nie możemy. Choć jest nam przykro, choć wolelibyśmy inaczej, taki jest los! Zamiast tego, możemy zrobić to i to, możemy zrobić tak i tak.

Teraz powinnam jeszcze napisać, że trzeba dbać o zasoby swojej energii, żeby było z czego nalewać. O zasoby czekolady w swoim kubeczku. Ale to dość luksusowa możliwość. Doładowywanie po trosze nie bardzo działa; ledwie podładujesz, a już zaraz zużyjesz. To już temat na osobny wpis…

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” albo zostaw komentarz. Dzięki! 🙂


Zdjęcie: Blake Meyer on Unsplash